Skibicki Technika Transportowa - pokoleniowy biznes z pasją od XIX wieku

Skibicki Technika Transportowa - pokoleniowy biznes z pasją od XIX wieku

Wywrotka trójstronna Skibicki
Wywrotka trójstronna Skibicki / Źródło: Skibicki Technika Technika Transportowa
Firma Skibicki opiera swoją działalność na dwóch podmiotach gospodarczych: Skibicki Technika Transportowa oraz Skibicki Zabudowy. Elementem spajającym te dwa zakłady jest logo "SKIBICKI to jakość". Początki działalności w obecnym kształcie to rok 1981. Wcześniej podwaliny pod firmę położyły trzy pokolenia rzemieślnicze. Obecnie firma jest jednym z największych polskich producentów specjalizujących się w zabudowie samochodów ciężarowych.

Zaczynali Państwo swój biznes w 1981 roku. To były trudne czasy. Jak udało się odnieść sukces?

Ryszard Skibicki główny udziałowiec firmy: Obecnie jesteśmy już czwartym pokoleniem rzemiosła. Mój pradziadek wrócił z wojska pruskiego w 1880 roku i założył pierwszą kuźnię. Mój dziadek, który był piłsudczykiem, wrócił z wojska w 1920 roku. W wojsku posiadł uprawnienia kowala. Mój ojciec przejął zakład w 1952 roku, zaś ja zacząłem prowadzić działalność gospodarczą w 1982 roku pod nazwą Auto Serwis Ryszard Skibicki. Cały mój ród robił pojazdy. Pierwotnie były to pojazdy konne. Z czasem pojawiły się tak zwane wozy gumowe, na kołach z oponami. To były ciężkie czasy do prowadzenia działalności gospodarczej. Pamiętam jak mój ojciec szukał opon, gdyż był duży problem z dostępem do nich, a wozy schodziły jak ciepłe bułeczki. Początki działalności to blacharstwo lakiernictwo i mechanik pojazdowa, zbiegiem czasu zacząłem myśleć o czymś poważniejszym. Rok 1982 zacząłem od zakupu na giełdzie samochodowej pojazdu Star 200, który został przerobiony przeze mnie na wywrotkę. Wystawiłem ją na sprzedaż na giełdzie samochodowej. Okazało się, że zainteresowanie jest tak duże, że chętni zrobili licytację i sprzedałem maszynę za dwa razy większą sumę niż pierwotnie chciałem uzyskać. To było bodźcem do stworzenia firmy i ukierunkowaniu produkcji na ten sektor.

No tak, ale wtedy w Polsce dominował Star i Jelcz. Jak udało się odnaleźć na tym rynku? To były czasy PRL-u, gdzie przedsiębiorczość była mocno ograniczona.

To prawda, czasy były inne. Ciężko było zdobyć jakiekolwiek komponenty do produkcji. W latach 80-tych był duży popyt na ciężarówki. Wówczas rynek działał inaczej. Nie liczyło się, czy klient chce wywrotkę z wysoka czy niską burtą. Klient cieszył się, że cokolwiek dostał, bo produktów na rynku było mało. Dziś te warunki są zupełnie inne. Zabudowy produkowane przez nas są niejako szyte na miarę, a klient otrzymuje konkretnie taki produkt jaki potrzebuje. Dzisiaj jest rynek klienta, musi on dostać towar zgodny z jego oczekiwaniami.

Co dzisiaj jest hitem sprzedażowym Skibicki Technika Transportowa?

Naszym hitem sprzedaży są urządzenia hakowe. Jesteśmy największym producentem tego typu urządzeń w zakresie wagi do 20 ton. Bardzo dobrze sprzedaje się również nasza wywrotka i to nie zmienia się w zasadzie od lat. Mamy swoją nisze rynkową. Nie produkujemy wywrotek seryjnie, bo to wiąże się oczywiście z potencjałem firmy. Nasz produkt jest uniwersalny, ale skomplikowany. Naszym mottem jest to, aby satysfakcja klienta była na wysokim poziomie.

Spora część waszego biznesu, to współpraca z sektorem budowlanym

Dokładnie, sektor budowlany to przede wszystkim wywrotki. Produkujemy również urządzenia hakowe. To jest przyszłość. Spora część towarów jest sprowadzana, a transport odbywa się poprzez załadowanie kontenera na samochód. Logistyka kontenerowa w dzisiejszych czasach wykazuje dynamiczny rozwój. I właśnie my tu jesteśmy.

85 proc sprzedaży idzie na eksport. Jaki jest klient zagraniczny, a polski?

Dostarczamy nasze produkty do Czech, na Rumunię, do Rosji, do krajów Skandynawskich: Dania, Norwegia i Szwecja. Skandynawia jest rynkiem stabilnym, ale jest to rynek wymagający. Jeśli ktoś jest słaby technicznie, nie poradzi sobie tam. W krajach dawnej demokracji ludowej, gdzie Polska miała dobrą markę, nazwisko Skibicki dobrze się kojarzy, sprzedaż idzie dobrze. Jesteśmy tam obecni od wielu lat. Rynki, na których polskie produkty są mniej znane, wymagają innych zabiegów marketingowych i musimy prowadzić tam sprzedaż pod innym logiem. Takim krajem są Niemcy, które są bardzo przywiązane do swoich produktów. Trudno tam się odnaleźć firmie z zewnątrz. Polskie produkty są dobrze postrzegane w takich krajach jak Bułgaria i Rumunia.

Rosja w państwa planach odgrywa dużą rolę. Zastanawiali się państwo nawet nad budową zakładu na wschodzie.

Analizowany był plan wybudowania zakładu na Ukrainie. Pomarańczowa rewolucja zmieniły te plany. Sam pomysł przeniesienia produkcji był oczywisty, bo ciężko jest eksportować produkty do takich krajów jak Rosja czy Ukraina. Odległość oraz bariery celne to dodatkowe duże koszty. Nie bez znaczenia jest również to, że rynki te są specyficzne, a przez to atrakcyjne. Tam nie obowiązują unijne normy chociażby dotyczące emisji spalin, normy w zakresie wagi urządzenia i maksymalnego załadunku, czy też inne podobne restrykcje. Klienci ze wschodu chcą maszyn masywniejszych, które tak, jak w przypadku wywrotek są w stanie zabrać więcej ładunku. Upłynie jeszcze dużo czasu, zanim rynki te dostosują się do norm zachodnich.

Jak państwo sobie radzili w dobie pandemii?

Kiedy pojawiła się pandemia, można powiedzieć, że byliśmy jeszcze w rozpędzie. Nie zaobserwowaliśmy od razu większego wyhamowania. Dziś na rynku widać, że wiele branż siadło. Klienci boją się inwestować. Ja się jednak nie boję, bo np. ludzie produkują śmieci i będą produkować, a to przecież branża, gdzie sprzedajmy swoje urządzenia. Spadek jest jednak odczuwalny. Obecnie widać, że część nowych zamówień jest przeniesionych na wrzesień i październik.

Skibicki to firma rodzinna. Jakie są plany rozwoju? To będzie ciężki rok?

Chcemy wzbogacić naszą bazę produktów. Jeśli ma się ich większą gamę, to firma jest bardziej odporna na tąpnięcia, bo zawsze któraś branża będzie w stanie uratować sprzedaż. Na przykład, w sytuacji wyhamowania inwestycji drogowych, gdzie wykorzystywane są wywrotki, dalej może rosnąć sprzedaż urządzeń hakowych.

Firma przechodziła z pokolenia, na pokolenie. Ma Pan już swojego następcę?

Niestety nie. Mam trzy wspaniałe córki, ale prawda jest taka, że trzeba urodzić się z miłością do metalu. Geny rzemieślnicze to pewna kultura, sposób podejścia do produktu, walka o zadowolenie klienta. W rzemieślnictwie jest taka anegdota, że rzemieślnik wykonał produkt, tak bardzo sam się nim zachwycił, że zapomniał wystawić faktury.

Kto zaraził Pana miłością do metalu? Bardziej dziadek, czy ojciec?

Dziadek był mniej przebojowy, ale był dobrym kowalem. Był bardziej skrytym człowiekiem. Mój ojciec miał dużo pomysłów, był bardziej kreatywny. W 1950 roku wprowadził rewolucję do naszej kuźni bo pojawiła się spawarka. Pamiętam jak oni wszyscy ciężko pracowali. Nie było wówczas w biznesie zjawiska „złotego strzału”. Wszystko trzeba było samemu wypracować, dzień po dniu, pracą własnych rąk.

Działacie w trudnej branży?

Największą konkurencja w latach 70/80 były zakłady w Łodzi. Były one jednak firmą państwową i ostatecznie upadły. Tymczasem nasze urządzenia wciąż są na rynku. My mamy specyficzną filozofię swojego produktu. Ja uważam, że nasze urządzenia muszą być ładne dla oka. Klient kupuje oczami. To się sprawdza. Często na targach zagranicznych niektórzy dziwią się, że można w takiej estetyce wykonać urządzenie. Żałuję, że nie ma pomocy ze strony państwa, jeśli chodzi o promocję polskich produktów. Jeśli nie było by nas, to Polska, tak duży kraj, nie miałby producenta urządzeń hakowych. To boli.

Źródło: Wprost

Czytaj także

 0