Śmiech to pieniądz

Śmiech to pieniądz

Stand-up, zdjęcie ilustracyjne
Stand-up, zdjęcie ilustracyjne / Źródło: Fotolia / BillionPhotos.com
Amerykańscy mistrzowie stand-upu to królowie życia, z którymi liczy się nawet prezydent. Ale polscy też nie mogą narzekać. Za jeden występ potrafią zgarnąć z biletów nawet milion złotych.

Słyszałem, że gra pani w tenisa. Bardzo się cieszę. Wspieram każdą minutę, w której odbija pani piłeczkę, a nie czyjegoś męża” – tak zwracał się do Anny Dereszowskiej współtwórca polskiej sceny stand-upowej Abelard Giza podczas roastu Kuby Wojewódzkiego na antenie TVN w 2016 r. Był to jeden z niewielu wypowiedzianych tam żartów, które nadają się do zacytowania w prasie.

Ta impreza była kamieniem milowym polskiego stand-upu. Po raz pierwszy niszowi artyści pojawili się w prime timie dużej ogólnopolskiej stacji razem ze znanymi gwiazdami show-biznesu. Bo stand-up, a zwłaszcza jego najbardziej skrajna odmiana, czyli właśnie roast, to specyficzna forma rozrywki. Artysta na żywo wygłasza przed publicznością komediowy monolog. Żarty często są niepoprawne politycznie, obrazoburcze, pełne przekleństw i seksualnych podtekstów.

Amerykanie ten rodzaj humoru pokochali już dekady temu. W Stanach powstają nawet rankingi najbogatszych komików, bo ich zarobki liczy się w dziesiątkach milionów dolarów. W Polsce stand-up zaczął się rozwijać dopiero 10-15 lat temu, a prawdziwy boom i spore pieniądze są w branży dopiero od dwóch lat. Ale polskich komików od ich amerykańskich kolegów wciąż dzieli przepaść. Zarówno pod względem finansowym, jak i artystycznym.

Od stand-upera do milionera

Prekursorami byli Kacper Ruciński, Abelard Giza i Katarzyna Piasecka, którzy w 2010 r. założyli wspólny projekt – Stand-up Bez Cenzury. Jeździli po kraju, występowali w klubach i przecierali szlaki. – Na pierwsze występy Abelarda przychodziło po 7-10 osób. Ludzie nie wiedzieli, co to stand-up. On tworzył rynek od zera. Często do występu dokładał własne oszczędności – opowiada o początkach Jan Malinowski, obecny menedżer Gizy.

Do czołówki szybko dołączyło młode pokolenie: Rafał Pacześ, Łukasz Lodkowski, Cezary Jurkiewicz czy Antoni Syrek-Dąbrowski. Skecze najlepszych obejrzało w sieci 10 mln osób. Ale nawet średniacy, którzy dopiero się przebijają, są oglądani przez setki tysięcy. Tyle że jeszcze do niedawna wirtualna popularność nie przekładała się na zarobki w realnym świecie. Trudno było mówić o sukcesie, gdy za występ dostawało się 200 zł, grało się do kotleta w Skierniewicach, dokąd trzeba było dojechać PKS-em. Każdy z nich łączył więc działalność artystyczną z tradycyjnym modelem zarabiania pieniędzy. Pacześ był handlowcem, Lodkowski pracował w korporacji, a Syrek-Dąbrowski uczył angielskiego. Szybko jednak się zorientowali, że trzeba wybrać jedną ścieżkę kariery. Zaryzykowali i się opłaciło.

Tylko w lutym 2020 r. Lodkowski ma zaplanowanych 16 występów. Same prestiżowe miejsca: Torwar, Spodek, Atlas Arena, Ergo Arena, Hala Stulecia. Wszędzie pozostały już tylko pojedyncze wejściówki. Cena biletu: 89 lub 99 zł, w zależności od sektora. Katowicki Spodek pomieści ponad 11 tys. widzów, podobnie jak stadion w Gdańsku. Łódzka hala aż 13 tys. Łatwo policzyć, że przychód z biletów po godzinnym występie komika może wynieść milion złotych. Nawet gdyby przyjąć, że 90 proc. tej kwoty to prowizje dla różnych pośredników, koszty wynajęcia hali, obsługi, marketingu, nagłośnienia, ochrony itd., to nadal w kieszeni zostaje na czysto 100 tys. zł. – Do tego dochodzą jeszcze firmówki, czyli występy na imprezach zamkniętych dla prywatnych firm – tłumaczy Małgorzata Wakuluk, właścicielka Agencji Artystycznej Antrakt i pierwsza menedżerka większości polskich stand-uperów.

Żaden z artystów nie chce ujawniać swoich stawek z takich występów. Ale mówi się, że za krótki, czyli ok. 20-minutowy, monolog, np. z okazji 30-lecia dużej firmy, komik może dostać 10-15 tys. zł na rękę. Firmówki grają wszyscy, z wyjątkiem Gizy, który od lat konsekwentnie odmawia. – Pamiętam czasy, gdy Abelard kończył działalność kabaretu (Limo – przyp. autor) i postawił na twórczość solową. Na pierwsze jego występy przychodziło niewiele osób. Ludzie nie wiedzieli, co to stand-up. Oni tworzyli rynek od zera. Podobno bywało i tak, że do występu musieli dokładać własne oszczędności – opowiada o początkach Jan Malinowski, obecny manager Gizy.

Sylwester w komediowej

Wykonawcy nie ograniczają się jednak do zarabiania pieniędzy na scenie. Szybko dostrzegli, że popularność można też zmonetyzować inaczej. Powstały więc sklepy internetowe, gdzie można kupić koszulki swoich ulubieńców. Za jedyne 99 zł plus koszt wysyłki. Abelard Giza razem z Jackiem Stramikiem, też popularnym komikiem, wydali wspólną książkę „Łapy precz od żartów”. Kosztuje 35 zł i dostępna jest w większości internetowych księgarni. Wcześniej Giza próbował sił w kinematografii i postprodukcji. Stworzył pełnometrażowe filmy „Swing” i „Towar” oraz miniserial „Kryzys”.

Rafał Pacześ poszedł jeszcze dalej. Otworzył właśnie własną restaurację w centrum Łodzi. Sylwester w Komediowej, bo tak nazwał lokal, wyprzedał się na pniu, mimo że wejściówka kosztowała 999 zł. Kolację przygotował osobiście szef kuchni Damian Marchlewicz, zwycięzca Hell’s Kitchen, kulinarnego show telewizji Polsat. Pacześ uruchomił także na YouTubie nowy kanał – Czarna Wołga, gdzie testuje drogie samochody. Wybór tematyki nie jest przypadkowy. Branża automotive jest niezwykle hojnym reklamodawcą. Zresztą sam Pacześ lubi luksusy. Jeździ nowym bmw, ubiera się wyłącznie u drogich projektantów, nosi markowe zegarki. Niedawno zadebiutował jako współprowadzący Fryderyków. Z kolei w RMF FM dołączył do ekipy audycji „Wstawaj szkoda lata”.

Amerykański sen

Polskie gwiazdy, chociaż potrafią już zapełnić kilkunastotysięczne hale, stawiają pierwsze kroki w tradycyjnych mediach budują swoje biznesy, to przy swoich amerykańskich kolegach wciąż wypadają blado.

Jerry Seinfeld, a właściwie Jerome Allen Seinfeld, jest właścicielem największej na świecie prywatnej kolekcji samochodów porsche, 46 sztuk. Rocznie może zarabiać nawet 70 mln dolarów. Nic dziwnego. Stworzył jeden z najbardziej uznanych i popularnych sitcomów wszech czasów. „Seinfeld” był emitowany w NBC od 1989 aż do 1998 r. i do czwartego sezonu był najczęściej oglądanym sitcomem w historii amerykańskiej telewizji. Dave Chappelle jest z kolei laureatem dwóch nagród Emmy i dwóch nagród Grammy. Rocznie zarabia ok. 50 mln dolarów. Ma własne ranczo w RPA i 26-hektarową farmę w Ohio. Chris Rock jeździ lamborghini za ponad 2,5 mln dolarów, mieszka w rezydencji wartej kolejne 4 mln. Kevin Hart sam pisał swoje role m.in. w „Strasznym filmie” czy „40-letnim prawiczku”. W komedii sportowej „Legendy ringu” wystąpił u boku Roberta De Niro i Sylvestra Stallone. Na Instagramie śledzi go 52 mln osób, na Facebooku – 24 mln.

Potężnym źródłem dochodów komików są w USA płatne telewizje, jak HBO czy Netflix (ten ostatni w 2013 r. oferował zaledwie cztery własne stand-upowe produkcje, dwa lata później już 12, a w 2018 r. – 60). Jak wielkie są to pieniądze, uświadomił publiczności Louis Székely, czyli popularny komik Louis C.K. Gdy na jaw wyszła seksafera z jego udziałem (miał onanizować się przy swoich współpracownicach), Netflix zerwał z nim umowę. – To był dziwny rok – mówił stand-uper w jednym z wywiadów. – W ciągu jednej godziny straciłem 35 mln dolarów.

Kasztany ze spadochronem

Polscy stand-uperzy też szybko nauczyli się liczyć pieniądze. Pierwotnie skupieni byli wokół agencji Antrakt, która pobierała od nich 20 proc. prowizji od przychodów. W zamian zajmowała się zarządzaniem i wyławianiem nowych talentów, m.in. przez autorski Antrakt Stand-up Festiwal. – Pewnego dnia artyści przyszli do mnie i powiedzieli, że już moich usług nie potrzebują – opowiada w rozmowie z „Wprost” Małgorzata Wakuluk z Antraktu. – Tydzień później okazało się, że Pacześ założył własną agencję.

Komicy się rozproszyli. Część została w Antrakcie, niektórzy przeszli do agencji Paczesia, inni do Stand-up Polska. Giza postawił na samodzielność. Jak mówi Wakuluk, prawdopodobnie dlatego, że nie chciał uczestniczyć w „discopolowaniu stand-upu”. – Młode wilczki idą populistyczną drogą. Wybierają tematy lekkie, łatwe i przyjemne. Opowiadają o piciu, ćpaniu, wymiotowaniu, uprawianiu seksu. Gdy kończą się ich życiowe historie, kolejne programy są coraz słabsze. I coraz bardziej wulgarne. Nawet jak na stand-up jest tego po prostu za dużo. Giza chciał czegoś bardziej ambitnego – tłumaczy Wakuluk. Według niej wielu z tych młodych ludzi woda sodowa uderzyła lub niedługo może uderzyć do głowy. Uważa, że zbyt szybko doszli do wielkich fortun i to może ich zgubić. Mogą poczuć się zbyt pewni siebie, osiąść na laurach lub po prostu przehulać pieniądze.

Stand-uperzy niespecjalnie przepadają także za spadochroniarzami z kabaretów. Ich starsi koledzy, gdy zobaczyli, że rynek się rozwinął, postanowili się przebranżowić. Jak chociażby Mariusz Kałamaga z kabaretu Łowcy.B czy Ewa Błachnio z Limo. Nazywa się ich kasztanami i unika wspólnych występów.

Ale duże pieniądze zaczynają też przyciągać ludzi całkowicie spoza branży. Prawdziwym szokiem był debiut Krzysztofa Hajdasa, 54-letniego emeryta, który do niedawna pracował jako rzecznik Komendy Głównej Policji. To on kilka lat temu chciał wychodzić ze studia Polsatu, gdy jeden z uczestników programu „Państwo w państwie” zaczął rapować o „bandytach w mundurach”. Ciekawe, czy teraz będzie odwrotnie – młodzi ludzie będą chcieli wychodzić z widowni po tekstach emerytowanego policjanta.

Okładka tygodnika WPROST: 3/2020
Artykuł został opublikowany w 3/2020 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0