W ciągu kolejnych lat The Frame rozwijał się nie tylko jako telewizor lifestyle’owy, lecz także jako platforma dla sztuki – z Trybem Sztuka, Samsung Art Store, Matową Powłoką Ekranu i współpracami z muzeami oraz artystami. Dlatego historia The Frame to nie tylko historia jednego modelu, ale też historia zmiany w sposobie myślenia o miejscu telewizora w domu.
Jak The Frame zmienił myślenie o telewizorze
Przez lata telewizor był najdziwniejszym elementem salonu. Czarna, błyszcząca tafla, która w dzień odbijała wszystko jak lustro, a wieczorem próbowała udawać kino. Pojawiło się więc pytanie: a gdyby zamiast chować telewizor, zrobić z niego coś, co chce się pokazać?
Tak narodził się Samsung The Frame. I chociaż dziś nie ma w tym nic dziwnego, to w 2017 roku było to podejście kompletnie pod prąd. Premiera w paryskim Carrousel du Louvre nie była przypadkiem. The Frame od początku miał ambicję wyjścia poza kategorię sprzętu RTV. Zaprojektowany we współpracy z Yves’em Beharem, przypominał ramę obrazu, a nie czarną taflę szkła. Zamiast kolejnej iteracji „lepszego obrazu” dostaliśmy coś, co zmieniało reguły gry – telewizor, który po wyłączeniu nie znikał, tylko zaczynał żyć własnym życiem.
Od Trybu Sztuka do Samsung Art Store
Na początku był Tryb Sztuka, czyli zamiast czarnej pustki – obrazy. Początkowo kilkadziesiąt, później setki. Dziś to już ponad 5000. Ale prawdziwy moment przełomowy przyszedł dopiero wtedy, gdy telewizor dostał dostęp do galerii świata. Art Store nie był tylko funkcją – był deklaracją. Nagle salon przestał być miejscem, gdzie „coś się ogląda”, a zaczął przypominać prywatną galerię.
I tu zaczyna się kolejna historia, bo Samsung The Frame nie próbował konkurować z muzeami. Muzea zostały wpuszczone do naszych domów. Współprace z instytucjami, dostęp do klasyki, a potem coraz śmielsze otwieranie się na współczesnych twórców. To trochę jak Spotify dla sztuki – tylko zamiast playlisty masz ścianę.
Dzięki współpracy z instytucjami jak Prado, Albertina czy Magnum Photos w domowym salonie można było powiesić Moneta, Cézanne’a czy Rubensa. To był moment, w którym technologia przestała być tylko nośnikiem treści, a zaczęła pełnić rolę kuratora.
W Polsce symboliczny był rok 2021, kiedy The Frame pojawił się na aukcji w Domu Aukcyjnym Art in House. Sprzedany w duecie z fizycznym obrazem osiągnął jeden z najwyższych wyników. To wydarzenie pokazało coś więcej niż marketingowy sukces – granica między dziełem analogowym a cyfrowym zaczęła się zacierać.
Matowa Powłoka Ekranu – moment, który wzmocnił całą koncepcję
Ale sama idea to jedno. Drugie to technologia, która musi za nią nadążyć. Bo łatwo powiedzieć „obraz jak w galerii”, trudniej sprawić, żeby nie wyglądał jak świecący ekran. Przez lata to właśnie było największe ograniczenie. Refleksy, połysk, efekt lustra – wszystko to zdradzało, że mamy do czynienia z elektroniką, a nie sztuką.
Dlatego jednym z najważniejszych momentów w historii The Frame wcale nie były nowe obrazy, tylko… matowa powłoka, która zagościła w The Frame w 2022 roku. Zniknęły odbicia, kolory się uspokoiły, a całość zaczęła przypominać po prostu… obraz! To był moment, w którym iluzja stała się przekonująca.
Kolejne lata to już konsekwentne rozwijanie tej wizji. Współpraca z Metropolitan Museum of Art otworzyła dostęp do jednych z najważniejszych kolekcji świata. Certyfikat Pantone ArtfulColor w 2024 roku potwierdził coś, co wcześniej było raczej obietnicą – że reprodukcja może być niemal nie do odróżnienia od oryginału w typowych warunkach domowych. Wymienne ramki, projekty tworzone przez artystów, telewizor jako element aranżacji, a nie „sprzęt do ukrycia”.
Symboliczne jest to, że The Frame zaczął funkcjonować również poza domem. Pojawiał się na aukcjach, w galeriach, w przestrzeniach publicznych. W pewnym momencie przestało być jasne, czy to jeszcze telewizor, czy już platforma dla sztuki cyfrowej.
The Frame jako element wnętrza, nie tylko sprzęt RTV
A dziś? Dziś mamy ponad 5000 prac, dziesiątki instytucji i kolejne współprace, które pokazują, że to nie był jednorazowy eksperyment. Nawet takie gesty jak wprowadzenie kolekcji Tamary Łempickiej do cyfrowej galerii mają znaczenie, bo pokazują, że technologia zaczyna opowiadać lokalne historie, a nie tylko globalne trendy.
Najciekawsze w tej historii jest jednak coś innego. Samsung The Frame nie wygrał dlatego, że był najlepszym telewizorem. Wygrał, bo przestał być „tylko telewizorem”. Jego twórcy zrozumieli, że w nowoczesnym domu ekran to nie tylko urządzenie do oglądania treści. To element przestrzeni, który ma wyglądać dobrze także wtedy, gdy nic nie wyświetla.
I może właśnie dlatego ta dekada jest tak ważna. Bo pokazuje, że technologia w końcu zaczyna dopasowywać się do naszego życia, a nie odwrotnie. A telewizor? Po raz pierwszy od lat przestał być problemem do rozwiązania. I stał się czymś, co po prostu dobrze mieć na ścianie.
Co dziś oznacza 10 lat Samsung The Frame?
Najciekawsze w historii The Frame nie jest to, że przez dekadę zyskał nowe funkcje, większy dostęp do sztuki czy kolejne współprace z instytucjami. Ważniejsze jest to, że zmienił sposób myślenia o samym telewizorze. Z urządzenia, które po wyłączeniu miało zniknąć w tle, stał się elementem przestrzeni, który może współtworzyć charakter wnętrza. I właśnie dlatego 10 lat The Frame to nie tylko jubileusz produktu, ale też dobry moment, aby zobaczyć, jak technologia zaczęła coraz lepiej dopasowywać się do codziennego życia, estetyki domu i indywidualnych wyborów użytkownika.
