Niemiecki ekspert o błędach Europy: Możemy mieć zero emisji i zero miejsc pracy

Niemiecki ekspert o błędach Europy: Możemy mieć zero emisji i zero miejsc pracy

Fabryka Volkswagena w Wolfsburgu
Fabryka Volkswagena w Wolfsburgu Źródło: Shutterstock / Ilari Nackel
– W Niemczech zawsze będą ludzie, którzy w pierwszym odruchu pomyślą o taniej rosyjskiej energii. To bardzo silny instynkt niemieckiego przemysłu – jeśli gospodarka się pali, trzeba szukać tanich surowców. Widać to także po części przedsiębiorców, którzy chcieliby wrócić do dawnych relacji. Jednak trzeba odróżnić ten instynkt od myślenia większości społeczeństwa – tłumaczy Adam Schlüssler, szef ds. europejskich w szwedzkim think tanku Environment and Public Health Institute.

Marta Roels: Na początku lat 2000. przyjęto w Niemczech pierwsze ustawy dotyczące Energiewende, czyli transformacji energetycznej. Dziś, po 25 latach, widać, że nie przyniosła ona oczekiwanych korzyści – ani ekologicznych, ani gospodarczych. Po odcięciu rosyjskiego gazu i zamknięciu elektrowni jądrowych Niemcy wróciły do węgla, a przemysł ucieka z kraju z powodu bardzo wysokich kosztów energii. Dlaczego nasi zachodni sąsiedzi dalej brną w tę politykę?

Adam Schlüssler: Powiedziałbym, że za rządów Friedricha Merza pojawiła się próba zatrzymania tego szaleństwa, ale nie idzie ona ani wystarczająco szybko, ani stanowczo. Skala problemu jest już ogromna. W samym sektorze automotive, a więc w branży samochodowej i sektorach z nią powiązanych, Niemcy straciły w ostatnich 12 miesiącach ponad 100 tys. miejsc pracy.

To nie jest wyłącznie problem wielkiego biznesu czy przemysłu rozumianego abstrakcyjnie. Za tym stoją konkretne rodziny, pracownicy i całe regiony, które tracą podstawy swojego dotychczasowego modelu życia. Niemcy są krajem opartym na przemyśle ciężkim, energochłonnym, wymagającym stabilnych i konkurencyjnych dostaw energii. Jeżeli energia pozostaje tak droga jak obecnie, to cały model gospodarczy zaczynie się chwiać.

Mówię to jako ktoś, kto jest bardzo osobiście zainteresowany naturą. Nasza rodzina od lat jest związana z Borami Tucholskimi. Czysta woda, lasy, przyroda – to są dla mnie rzeczy ważne. Jednak w momencie, w którym zaczynamy tracić możliwość utrzymania miejsc pracy, trzeba powiedzieć: poczekajcie, tutaj naprawdę coś się wali.

Dlaczego niemiecka klasa polityczna nie odcięła się jednoznacznie od fobii antyatomowej, skoro część państw – między innymi Szwecja czy Belgia – wraca do energetyki jądrowej? Po odcięciu gazu z Rosji zamknięto kolejne elektrownie jądrowe i wrócono do…węgla.

To bardzo dobre pytanie, bo energetyka jądrowa nie jest dziś już tylko sprawą technologiczną, lecz także kwestią bezpieczeństwa. Chiny pokazują, że można myśleć o niej w sposób bardziej innowacyjny, także w kontekście odpadów nuklearnych. Tymczasem w Europie, a zwłaszcza w Niemczech, przez lata utrzymywano narrację, że atom nie może być energią przyszłości.

Dziś widać, że energia nuklearna jest realną opcją, która może być tańsza i bardziej stabilna niż wiele alternatyw. Nie mówię, że Niemcy mają kopiować model francuski jeden do jednego, ale atom powinien być jednym z elementów zdywersyfikowanego miksu energetycznego – zarówno dla Niemiec, jak i dla Polski.

W Niemczech ta narracja bardzo powoli się zmienia. Kilka tygodni temu byłem w Berlinie i rozmawiałem z ludźmi, którzy pracują nad innowacjami w energetyce jądrowej. Takie środowisko istnieje, ale wciąż nie nastąpił wielki przełom. Tymczasem przemysł nie może czekać, bo gospodarka potrzebuje ogromnych ilości energii, która musi być stabilna, dostępna i konkurencyjna cenowo.

Nie tylko Niemcy mają dziś problem. Przemysł ucieka z całej Unii Europejskiej do Stanów Zjednoczonych albo Chin. Czy przy obecnych politykach klimatycznych Wspólnota jest skazana na gospodarczą porażkę?

Artykuł został opublikowany w 24/2026 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.