W biotechnologii najpierw odkrywasz, jak dużo jeszcze nie wiesz
Artykuł sponsorowany

W biotechnologii najpierw odkrywasz, jak dużo jeszcze nie wiesz

Dominika Czorniej, liderka zespołu analiz fizykochemicznych w Rezon Bio
Dominika Czorniej, liderka zespołu analiz fizykochemicznych w Rezon Bio Źródło: Materiały prasowe / Polpharma Biologigs S.A.
O tym, jak uczyć się trudnych rzeczy w świecie przebodźcowania, jak AI pomaga i przeszkadza w nauce oraz dlaczego innowacyjne branże potrzebują ludzi, którzy potrafią stale się rozwijać, rozmawiamy z Dominiką Czorniej, liderką zespołu analiz fizykochemicznych w Rezon Bio.

Znalazła się Pani w polskim rankingu Top 100 Women in Biotech. Co takie wyróżnienie znaczy dla osoby, która na co dzień pracuje blisko nauki, technologii i studentów?

To dla mnie bardzo ważne wyróżnienie, ale również zobowiązanie. Biotechnologia jest dziedziną, która dla wielu osób wciąż brzmi hermetycznie i odlegle. Tymczasem za lekami biologicznymi, ich rozwojem i wytwarzaniem stoją konkretni ludzie, ich codzienna praca, pytania, błędy, uczenie się i współpraca. Obecność w polskim rankingu Top 100 Women in Biotech jest też sygnałem, że w Polsce mamy coraz więcej kobiet, które realnie współtworzą tę branżę: w laboratoriach, zespołach technologicznych, nauce, edukacji i przemyśle. To nie jest już abstrakcyjna opowieść o biotechnologii jako dziedzinie przyszłości. To jest konkretna praca wykonywana tu i teraz.

Mam też poczucie odpowiedzialności, żeby dzielić się wiedzą. Pracuję w Rezon Bio, czyli w miejscu, w którym bardzo dużo się nauczyłam i w którym można zobaczyć, jak nauka przekłada się na realny proces, jakość i odpowiedzialność za produkt. To pierwsza polska firma, która wprowadziła na światowe rynki dwa leki biopodobne, więc to doświadczenie ma dla mnie szczególną wartość.

Jak różnią się dzisiejsi studenci od studentów sprzed kilkunastu lat?

Dzisiejsi studenci wiedzą znacznie więcej o rynku. Kiedy ja studiowałam, dostęp do wiedzy o przemyśle biotechnologicznym był dużo mniejszy. W Polsce było mniej firm, mniej przykładów, mniej realnych ścieżek zawodowych, które można było obserwować.

Dziś sytuacja jest inna. Rynek się rozwinął, pojawiły się firmy biotechnologiczne, biofarmaceutyczne, laboratoria badawczo-rozwojowe i organizacje, które wspierają rozwój oraz wytwarzanie leków na zlecenie, tzw. CDMO ((ang. Contract Development and Manufacturing Organization). Uczelnie coraz częściej włączają do programów przedmioty związane z praktycznym funkcjonowaniem tej branży. Studenci lepiej rozumieją, że biotechnologia to nie tylko nauka akademicka, ale także konkretna ścieżka zawodowa. Mają większą świadomość tego, gdzie mogą pracować, jakie kompetencje są potrzebne i jak wygląda język przemysłu. To duża zmiana. Biotechnologia przestała być dla wielu osób bardzo odległym hasłem. Zaczęła być czymś, co można zobaczyć w Polsce, w konkretnych firmach i zespołach.

Czy za tą wiedzą idzie większa determinacja do zdobywania praktycznego doświadczenia?

To zależy od osoby. Praktyki są obowiązkowe, więc zawsze będzie część studentów, którzy chcą je po prostu zaliczyć. Ale jest też wyraźna grupa osób bardzo ambitnych. One traktują praktyki jako szansę, żeby zobaczyć, jak naprawdę wygląda praca w laboratorium i w przemyśle. Takie osoby chcą w tym czasie jak najwięcej się nauczyć. Zadają pytania, chcą rozumieć, nie zadowalają się samą obecnością. W biotechnologii to bardzo ważne, bo praktyczna wiedza nie polega wyłącznie na znajomości protokołów. Trzeba nauczyć się myśleć procesowo, rozumieć zależności i widzieć swój fragment pracy w większej całości.

Czy zmieniła się mentalność studentów?

Ja prowadzę przede wszystkim przedmioty fakultatywne, więc mam kontakt z osobami, które same wybierają dodatkową ścieżkę nauki. To zwykle studenci bardziej zaangażowani, ambitni, nastawieni na zdobywanie doświadczenia jeszcze w trakcie studiów. Widzę u nich dużą ciekawość. Widzę też większą świadomość tego, że sam dyplom nie wystarczy. Coraz więcej osób rozumie, że trzeba budować kompetencje praktyczne: umieć pracować z literaturą, zadawać dobre pytania, rozumieć proces, a nie tylko odtworzyć definicję.

Jednocześnie studenci funkcjonują dziś w świecie, który bardzo mocno konkuruje o ich uwagę. To nie jest wyłącznie problem studentów. To jest problem społeczny. Widzimy go w pracy, w edukacji, w codziennym życiu. Sama też to zauważam. Żyjemy w rzeczywistości przebodźcowania, nadmiaru treści i ciągłego przełączania uwagi.

Czy przez to trudniej jest dziś uczyć?

Trzeba uczyć inaczej. Zajęcia muszą być ciekawe i angażujące nie tylko dlatego, że ludzie mają dziś większy problem z koncentracją. Także dlatego, że biotechnologia jest trudną dziedziną. Mówimy o procesach, których nie widać gołym okiem. O białkach, komórkach, strukturach, procesach biochemicznych. Jeżeli będziemy mówić wyłącznie językiem definicji, szybko stracimy uwagę odbiorców.

Pomagają animacje, krótkie filmy, schematy, case studies, czyli praca na przykładach z życia wziętych. Bardzo ważne jest też zapraszanie studentów do miejsc pracy albo kontakt z osobami, które już pracują w zawodzie. Taka rozmowa bywa dla studentów bardziej inspirująca niż kolejny wykład. Nagle widzą, że ta wiedza ma konkretny sens, zastosowanie i konsekwencje.

Powiedziała Pani, że biotechnologia to nauka o tym, czego nie widzimy. Jak mówić o niej prosto?

Trzeba stale tłumaczyć hermetyczny język na obrazy, analogie i schematy. W biotechnologii używamy wielu pojęć, które są oczywiste dla specjalistów, ale nie dla osób spoza tej dziedziny. Nawet ktoś, kto studiował chemię, nie musi mieć pogłębionej wiedzy o białkach czy lekach biologicznych. Dlatego staram się mówić prostym językiem. Czasem testuję swoje wyjaśnienia na domownikach. Jeżeli osoba spoza branży rozumie podstawowy koncept, to znaczy, że jestem na dobrej drodze. Nie chodzi o spłycanie nauki. Chodzi o znalezienie właściwego wejścia do tematu.

Najpierw odbiorca musi zrozumieć ideę. Dopiero potem można dokładać szczegóły. Często pytam też studentów wprost: czy to, co mówię, jest zrozumiałe? To bardzo ważne. W edukacji nie powinno chodzić o to, żeby prowadzący pokazał, jak dużo wie. Chodzi o to, żeby odbiorca rzeczywiście zrozumiał.

Jaką rolę w nauce może dziś odegrać sztuczna inteligencja?

AI bardzo pomaga w porządkowaniu wiedzy. Może wyszukiwać informacje, streszczać publikacje, upraszczać trudne treści, wskazywać główne wątki, pomagać w sprawdzaniu błędów. To realnie przyspiesza pracę, szczególnie kiedy ktoś dopiero wchodzi w nowy obszar. Ale AI nie zastąpi krytycznego myślenia. To jest podstawowa granica. Modele językowe, np. te wykorzystywane w ChatGPT, często halucynują, upraszczają, często dostosowują odpowiedź do oczekiwań użytkownika. Dlatego trzeba weryfikować dane, sprawdzać źródła i nie traktować wygenerowanej odpowiedzi jako prawdy naukowej. W biotechnologii to szczególnie ważne, bo tutaj liczy się precyzja. Nie wystarczy zrozumieć czegoś „mniej więcej”. Trzeba wiedzieć, skąd pochodzi informacja, czy jest aktualna, czy wynika z badań i czy można ją zastosować w danym kontekście.

Jak uczyć krytycznego myślenia?

Przez sceptycyzm i pracę ze źródłami. Trzeba sprawdzać to, co się czyta. Opierać się na publikacjach naukowych, dokumentach regulacyjnych, materiałach dostępnych na stronach wydawnictw i wiarygodnych bazach wiedzy, takich jak PubMed, ResearchGate, ScienceDirect. Krytyczne myślenie nie polega na tym, żeby wszystko podważać dla samego podważania. Chodzi o umiejętność zadania kilku prostych pytań: skąd to wiem, kto to napisał, na jakich danych to się opiera, czy wynikają z tego takie wnioski, jakie ktoś przedstawia?

Gdzie jest granica między pomocą AI a pracą napisaną przez AI?

To bardzo trudne pytanie, ale pewne rzeczy są widoczne. Kiedy dostaję pracę silnie opartą na sztucznej inteligencji, często widać, że język jest poprawny, ale daleki od autora. Brakuje własnego rozumowania. Czasem wnioski są płytkie, pozbawione przyczynowości, nie wynikają z danych albo nie mają związku z wynikami.

Dla mnie kluczowa jest granica między narzędziem a zastępstwem. AI może pomóc uporządkować tekst, znaleźć luki, podsunąć strukturę, uprościć język. Ale jeśli człowiek przestaje samodzielnie analizować, interpretować wyniki i wyciągać wnioski, to nie jest już jego praca intelektualna. AI może przyspieszyć naukę, ale nie odbierze nam obowiązku myślenia. Szczególnie w nauce, gdzie odpowiedzialność za wynik może wpływać na zdrowie pacjenta.

Czy uczelnie dobrze przygotowują do pracy w biotechnologii?

Uczelnie dają fundament. Rynek biotechnologiczny jest bardzo zaawansowany technologicznie i wymaga solidnej znajomości podstaw. Tę wiedzę zdobywa się właśnie na uczelniach i ona jest niezbędna do pracy w zawodzie.

Ale przemysł różni się od akademii. Często brakuje kontaktu z pełnym procesem, nowoczesną aparaturą, wytycznymi agencji rejestracyjnych czy dobrą praktyką wytwarzania (GMP) leków biologicznych. I to jest naturalne. Tego nie da się w pełni nauczyć z podręcznika. Tę część wiedzy zdobywa się dopiero w pracy, przy realnych procesach i w zespołach, które mają doświadczenie. Co więcej, biotechnologia jest bardzo szeroka, więc absolwent nie zawsze wie, w jakiej jej gałęzi znajdzie zatrudnienie i jaka wiedza będzie mu najbardziej potrzebna.

Co Panią najbardziej zaskoczyło po przejściu z uczelni do przemysłu?

Odkryłam, jak dużo jeszcze nie wiem. Na uczelni eksperymenty były oparte na protokołach i literaturze, którą dostawaliśmy od wykładowców. W pracy przemysłowej moim pierwszym zadaniem było samodzielne opracowanie metody analitycznej, to znaczy miałam znaleźć sposób, jak badać białko, żeby uzyskać wiarygodne wyniki z wykorzystaniem techniki, której dotychczas nie znałam.

Musiałam samodzielnie przeszukać literaturę naukową, zrozumieć, jak mogę użyć sprzętu, z którym wcześniej nie pracowałam, i zaprojektować badania. To był dla mnie duży przeskok w porównaniu do studiów. W biznesie nauczyłam się, że moja praca jako analityka jest częścią większego procesu. Musiałam zrozumieć nie tylko własne badanie, ale też to, jaką rolę odgrywa w procesie rozwoju i wytwarzania leku i co musi się wydarzyć, aby ten lek bezpiecznie trafił do pacjentów.

Przyznam też, że bardzo dużo nauczyłam się w naszej firmie. To miejsce, w którym można zobaczyć, jak zaawansowana wiedza naukowa przekłada się na realne procesy, jakość i odpowiedzialność za produkt. Dla mnie ważne jest też to, że mówimy o pierwszej polskiej firmie, która wprowadziła na światowe rynki dwa leki biopodobne. Praca w takim środowisku daje dostęp do doświadczeń, których nie da się zdobyć wyłącznie z literatury. Dlatego kiedy pracuję ze studentami, mam poczucie odpowiedzialności, żeby dzielić się tą praktyczną wiedzą. Sama dostałam bardzo dużo od ludzi, którzy pomagali mi rozumieć tę branżę, więc dziś naturalne jest dla mnie, że przekazuję to dalej.

Jak pomóc młodej osobie, żeby nie załamała się pod ciężarem niewiedzy?

Przede wszystkim nie wolno zostawić jej samej. Bardziej doświadczeni koledzy i koleżanki muszą pokazać, gdzie szukać wiedzy, jak obsługiwać sprzęt, pomóc zrozumieć cel badania i wskazać, jak je dobrze zaprojektować. Czasem nie chodzi nawet o gotową odpowiedź, ale o rozmowę, obecność i świadomość, że jest ktoś, do kogo można się zwrócić. Bardzo ważne jest, aby nie krytykować samego faktu niewiedzy. W trudnej, specjalistycznej dziedzinie niewiedza na początku jest naturalna. Problemem nie jest to, że ktoś czegoś nie wie. Problemem byłoby to, że nie ma wokół siebie środowiska, które pomaga mu tę wiedzę zdobywać.

Patrząc na osoby, które rezygnowały z pracy w tej branży, często widziałam, że przyczyną było nie tyle samo skomplikowanie tematu, ile poczucie braku wsparcia. Mentoring na początku pozwala szybciej rozwinąć skrzydła i przejść z etapu zagubienia do samodzielności.

Czy firmy mają na to czas?

Brak czasu to nieodłączny problem nas wszystkich. Organizacje zawsze będą zajęte, projekty zawsze będą pilne, a ludzie zawsze będą mieli dużo obowiązków. Ale w firmach innowacyjnych czas na rozwój nowych osób nie jest dodatkiem. To kluczowa inwestycja. Oczywiście często brak wsparcia nie wynika ze złej woli, tylko z zabiegania. Dlatego uważam, że krytyczne jest, aby świadomie znajdować czas dla nowych adeptów biotechnologii. Jako osoba pracująca z zespołem widzę, że nie zawsze musimy znać odpowiedź. Czasem wystarczy umieć pokazać, gdzie jej szukać albo kogo zapytać. W organizacjach wiedza nie jest tylko w dokumentach. Jest też w ludziach, doświadczeniu i relacjach.

Jak tworzyć przestrzeń do nauki w organizacji?

Warto szukać w organizacji osób, które mają naturalną chęć dzielenia się wiedzą. Tacy pasjonaci istnieją w każdej firmie. Nie zawsze są formalnymi trenerami, ale potrafią tłumaczyć, inspirować i porządkować trudne tematy. Organizacja powinna tworzyć dostęp do wiedzy, możliwości uczenia się i środowisko, które zachęca do poznawania nowego. Nie zmusimy nikogo do głębokiej ciekawości, ale możemy stworzyć warunki, w których łatwiej ją uruchomić.

A jak motywować tych, którzy chcieliby się uczyć, ale mówią, że nie mają czasu?

Jeśli ktoś naprawdę chce się czegoś nauczyć, zwykle znajdzie czas. Ale rolą organizacji jest obniżenie progu wejścia. Wiedza musi być dostępna, podana w dostępnej formie i powiązana z realnymi wyzwaniami pracy. Ludzie chętniej uczą się wtedy, kiedy widzą, że dana wiedza pomoże im lepiej wykonać zadanie, zrozumieć proces albo uniknąć błędu. Wtedy nauka przestaje być abstrakcyjnym obowiązkiem, a staje się narzędziem do lepszego działania. Ważne jest też, aby uczenie się nie było traktowane jako coś dodatkowego, realizowanego po godzinach i obok pracy. W branżach zaawansowanych technologicznie nauka jest częścią pracy. Jeżeli firma chce być nowoczesna, musi traktować rozwój wiedzy jako element codziennego działania.

Co najbardziej motywuje ludzi do nauki: strach przed utratą pracy, ciekawość czy potrzeba rozumienia?

W dziale, w którym pracuję, czyli w obszarze rozwoju technicznego, nauka jest obowiązkiem, ale też fantastycznym przywilejem. Chęć pogłębiania wiedzy stanowi naturalną potrzebę. Taka jest specyfika tej pracy. Jeśli się nie uczymy, nie będziemy nadążać za nowymi technologiami, metodami i wymaganiami. Nie możemy mówić, że firma jest innowacyjna, jeśli jej pracownicy się nie uczą i nie inwestują w pogłębianie wiedzy. W biotechnologii bardzo dużo się zmienia. To dziedzina młoda, dynamiczna, wciąż odkrywająca nowe możliwości. Bycie na bieżąco jest absolutnie konieczne.

Ale ostatecznie motywacja do nauki nie sprowadza się do gromadzenia wiedzy dla samego jej posiadania. Na końcu jest pacjent, który czeka na skuteczne i dostępne leki. To daje nauce bardzo konkretny sens. Nie uczymy się wyłącznie po to, żeby wiedzieć więcej. Uczymy się po to, żeby lepiej odpowiadać na realne potrzeby ludzi.

Co z Pani doświadczenia powinien zapamiętać ktoś, kto może nie pracuje w biotechnologii, ale pracuje w innowacyjnej branży?

Że w innowacyjnej branży wygrywa ten, kto potrafi szybko się uczyć, zadawać dobre pytania, szukać wiarygodnych źródeł i korzystać z doświadczenia innych. Biotechnologia bardzo mocno to pokazuje, bo tutaj wiedza jest trudna, specjalistyczna i szybko się zmienia. Ale ten mechanizm dotyczy także innych branż: medycyny, energetyki, AI czy zaawansowanego przemysłu. Im bardziej skomplikowany świat, tym ważniejsza staje się umiejętność uczenia się.

Niewiedza nie jest porażką. W innowacyjnej pracy jest często początkiem dobrego procesu. Najważniejsze jest to, co z tą niewiedzą robimy: czy ją ukrywamy, czy zamieniamy w pytania, eksperymenty i rozwój. Dla mnie to jedna z najważniejszych lekcji biotechnologii. Im więcej się uczysz, tym lepiej rozumiesz, jak dużo jeszcze jest do odkrycia.