ETS do pilnej poprawy? „Bruksela za słabo słucha przemysłu”

Dodano:
Flagi Unii Europejskiej Źródło: Wikimedia Commons / Sekar Kinanthi Kidung Wening
Bruksela w końcu pochyli się nad korektą unijnego systemu handlu emisjami. Jak powinna to zrobić?

Podczas zeszłotygodniowej debaty w Parlamencie Europejskim w Strasburgu przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen wskazała na konieczność unowocześnienia unijnego systemu handlu emisjami (ETS). „Musimy trzymać się naszej długoterminowej strategii, choć możemy być bardziej pragmatyczni i mądrzejsi w jej wdrażaniu” – powiedziała szefowa KE. W polskiej przestrzeni publicznej rozgorzała dyskusja. Na temat ETS rozwodzą się ci, co się na tym znają, i ci, co się nie znają. O tym, czy i w jaki sposób należy przeprowadzić owo „unowocześnienie” oraz jakie stanowisko powinna zająć w sprawie ETS Polska, rozmawiam z ekonomistą, doktorem Piotrem Balcerowskim.

Beata Anna Święcicka, „Wprost”: Szefowa UE zapowiada zmiany w ETS. Unijne podejście ma być w tym zakresie „pragmatyczniejsze”. Jak ocenia Pan te zapowiedzi i jak Pańskim zdaniem powinno to „unowocześnianie” ETS wyglądać?

Dr Piotr Balcerowski, ekonomista: Europa znów chce poprawiać ETS. I bardzo dobrze. Problem polega na tym, że w Brukseli zbyt często „naprawa” systemu oznacza nie dostosowanie go do realiów przemysłu, lecz kolejną próbę narzucenia jednej, politycznie preferowanej ścieżki transformacji. Dziś taką ścieżką jest elektryfikacja. Kto może się elektryfikować, ten mieści się w unijnym modelu. Kto działa w sektorze, w którym bezpośrednia elektryfikacja jest technologicznie niemożliwa, ekonomicznie nieuzasadniona albo po prostu niewystarczająca, ten ma usłyszeć, że powinien „przyspieszyć transformację”. To nie jest poważna polityka przemysłowa. To jest uproszczenie, które może Europę bardzo drogo kosztować.

Z przecieków dotyczących prac nad marcowymi konkluzjami Rady Europejskiej wynika, że rośnie gotowość do „rekalibracji” ETS i zmniejszenia części obciążeń dla przemysłu energochłonnego. To dobry sygnał.

Wreszcie przebija się świadomość, że europejski przemysł nie wytrzyma dłużej polityki, która jednocześnie każe mu płacić coraz więcej za emisje, konkurować z producentami spoza Unii i inwestować miliardy w transformację, nie dając mu przy tym wystarczającej swobody technologicznej. Sama diagnoza jednak nie wystarczy. Kluczowe jest to, jaką odpowiedź Europa naprawdę wybierze.

Co stanowi największy problem z ETS?

Jeżeli dochody z ETS mają wspierać przemysł, to w unijnym myśleniu niemal automatycznie pojawia się ten sam zestaw haseł: elektryfikacja, technologie przełomowe, sieci, elastyczność systemu, kontrakty PPA. Wszystko to brzmi nowocześnie, ambitnie i politycznie atrakcyjnie. Tyle że nowoczesny język nie rozwiązuje problemu, jeśli nie pasuje do realiów produkcji.

Przemysł energochłonny nie jest jednorodny. Nie wszystkie branże można wrzucić do jednego worka i nie wszystkie da się zdekarbonizować według tego samego scenariusza. W wielu gałęziach przemysłu redukcja emisji nie oznacza prostego zastąpienia paliwa energią elektryczną. Są sektory, w których część emisji ma charakter procesowy. Są takie, w których technologia produkcji nie daje dziś możliwości łatwego przejścia na bezpośrednią elektryfikację. Są wreszcie branże, w których takie przejście byłoby tak kosztowne, że zamiast dekarbonizacji mielibyśmy po prostu utratę konkurencyjności, spadek inwestycji i wzrost ryzyka przenoszenia produkcji poza Unię.

To dotyczy nie jednej niszy, lecz całej grupy sektorów: chemicznego, szklarskiego, stalowego, wapienniczego, materiałów budowlanych i wielu innych. Innymi słowy: problem nie polega na braku ambicji tych branż. Problem polega na tym, że Bruksela zbyt często myli dekarbonizację z elektryfikacją.

A to są dwie różne rzeczy. Dekarbonizacja jest celem. Elektryfikacja jest jedną z możliwych dróg. Czasem najlepszą, czasem racjonalną, czasem konieczną – ale nie jedyną. Kiedy unijna polityka zaczyna traktować jedną technologię jak jedynie słuszną odpowiedź dla całego przemysłu, przestaje być neutralna. Zamiast premiować efekt środowiskowy, premiuje zgodność z polityczną modą.

Jakie stanowisko w sprawie ETS powinna Pańskim zdaniem zająć Polska?

Polska ma prawo mówić: dość kosztownej fikcji. To jest właśnie najważniejsze zastrzeżenie, które powinna dziś podnosić mocniej i bardziej stanowczo. Ale nie jedyne. Polska od lat zwraca uwagę, że ETS w obecnym kształcie nie jest dla naszej gospodarki mechanizmem neutralnym. Jest realnym kosztem funkcjonowania państwa i przemysłu. Uderza w ceny energii, podnosi koszty produkcji, osłabia zdolność inwestycyjną firm i pośrednio obciąża także gospodarstwa domowe.

W kraju o dużym udziale przemysłów energochłonnych i wciąż trudniejszym punkcie startu niż w wielu państwach Europy Zachodniej ten problem jest po prostu bardziej dotkliwy. Dlatego Polska od dawna zgłasza zastrzeżenia wobec kierunku zmian ETS, wobec skutków kosztowych tego systemu i wobec prób rozszerzania go na kolejne obszary bez wystarczającego uwzględnienia społecznych i gospodarczych konsekwencji.

Wspomnianych przez Pana konsekwencji jest całkiem sporo. Przemysł od dawna szuka możliwości, które pozwolą mu ominąć restrykcyjne unijne regulacje. Szuka i znajduje, niestety.

Ryzyko carbon leakage, czyli ucieczki przemysłu poza Unię, to kolejny problem. Jeżeli państwo musi przeznaczać ogromne środki na rekompensaty dla sektorów energochłonnych tylko po to, by utrzymać ich konkurencyjność, to znaczy, że system nie działa prawidłowo. To oznacza, że bez osłon część europejskiej produkcji stawałaby się zwyczajnie mniej opłacalna niż produkcja w krajach o mniej restrykcyjnej polityce klimatycznej.

A jeśli produkcja wyjedzie, emisje wcale nie znikną. Zmieni się tylko adres fabryki. Europa zostanie natomiast z wyższymi kosztami, słabszym przemysłem i iluzją sukcesu klimatycznego.

A co z pieniędzmi z ETS?

To następne zastrzeżenie. Skoro ETS generuje ogromne dochody, to powinny one wracać przede wszystkim do tych gospodarek i sektorów, które ponoszą najwyższe koszty transformacji. Nie mogą stawać się funduszem, z którego finansuje się wyłącznie te projekty, które najlepiej wpisują się w aktualny język unijnych strategii.

To właśnie tutaj rozstrzyga się sens reformy ETS: czy będzie ona próbą realnego wsparcia przemysłu, czy tylko próbą bardziej eleganckiego rozdysponowania pieniędzy według wcześniej ustalonej ideologii transformacyjnej.

Czego zatem potrzebuje dziś UE i jak „zmodernizować” ETS?

Europa potrzebuje neutralności technologicznej, nie transformacyjnej doktryny. Dlatego Polska powinna dziś mówić jasno: nie chodzi o osłabienie ambicji klimatycznych, tylko o przywrócenie polityce klimatycznej elementarnej racjonalności. Nie chodzi o to, by przemysł nie inwestował. Chodzi o to, by mógł inwestować w rozwiązania, które naprawdę obniżają emisje w jego sektorze, a nie tylko w te, które najlepiej wyglądają w unijnych dokumentach.

Jeżeli środki z ETS mają wspierać modernizację przemysłu, muszą być dostępne w sposób neutralny technologicznie. Muszą wspierać także te inwestycje dekarbonizacyjne, które nie polegają na bezpośredniej elektryfikacji, bo w wielu sektorach właśnie one są jedyną realistyczną drogą ograniczania emisji. I właśnie dlatego w konkluzjach powinno znaleźć się wyraźne zastrzeżenie, że finansowanie powinno być dostępne również dla inwestycji dekarbonizacyjnych w sektorach energochłonnych, w których bezpośrednia elektryfikacja jest technologicznie lub ekonomicznie niewykonalna.

To jest sedno sporu o przyszły kształt europejskiej polityki przemysłowej. Od takiego zdania zależy, czy ETS będzie narzędziem realnej transformacji, czy kolejnym filtrem politycznym, który dopuści do wsparcia tylko tych, którzy mieszczą się w jednym modelu zmian.

Europa potrzebuje dziś mniej doktryny, a więcej przemysłowego realizmu.

Jeżeli naprawdę chce utrzymać produkcję, miejsca pracy i inwestycje, musi przestać udawać, że każda branża może dekarbonizować się w ten sam sposób i w tym samym tempie. W przeciwnym razie zafunduje sobie transformację na papierze i deindustrializację w rzeczywistości. ETS nie może być systemem, który nagradza tych, których da się łatwo wpisać w polityczny schemat, a karze tych, którzy mają trudniejszy punkt startu.

Najwyższy czas powiedzieć to wprost: problemem Europy nie jest dziś to, że przemysł za wolno słucha Brukseli. Problemem jest to, że Bruksela za słabo słucha przemysłu.

Dziękuję za rozmowę.

Źródło: WPROST.pl
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...