Biznes odczuwa dziś skutki załamania szkolnictwa zawodowego. „Zaczynamy to naprawiać”
Na początek proszę wyjaśnić nazwę firmy.
Piotr Podgórski: Pełna nazwa brzmi Engineering Mechatronic Training Systems. Dodaliśmy do nazwy „Centrum Szkoleń Inżynierskich”, ale muszę wyjaśnić, że nie ograniczamy się do inżynierów. Obejmujemy szkoleniami całą branżę techniczną. To kształcenie „nienormatywne”, czyli pozaszkolne, kursowe i szkoleniowe, które wzbogaca kompetencje pracowników sektora produkcyjnego i działów utrzymania ruchu. Chodzi o branże takie jak: automatyzacja produkcji, robotyzacja, mechanika, konstrukcja, ocena jakości, inżynieria materiałowa, procesy produkcyjne w podstawie obróbki skrawaniem, obróbki plastycznej, łączenia metali, obróbki cieplnej, czy szeroko rozumiana mechanika. W największym skrócie: dajemy całą wiedzę potrzebną służbom mechanicznym w zakładach produkcyjnych i tym, których zdaniem jest reagowanie na awarię, konserwacja maszyn i utrzymanie maszyn w ruchu.
Czy to szkolenie „nienormatywne” jest potrzebą spowodowaną rozwojem technologii, czy raczej niedoskonałościami systemu szkolenia, np. brakiem szkół zawodowych?
Biznes odczuwa dziś skutki załamania szkolnictwa zawodowego. Systemowo, powoli zaczynamy to naprawiać, np. w szkołach średnich, które korzystają z wielu programów dofinansowań, zaopatrują się w nowoczesne urządzenia i proponują nowe kierunki kształcenia. Pojawiły się takie zawody jak: technik automatyk, technik mechatronik, technik robotyk. To istotna zmiana: jeszcze 10- lat, gdybyśmy potrzebowali w firmie np. automatyka – zgłosiłby się do pracy inżynier po politechnice. Tymczasem, za naszą zachodnią granicą automatyk to wcale nie inżynier. Zatem powoli nadrabiamy wieloletnie zaniedbania w kształceniu fachowców. Muszę powiedzieć, że dziś wielu kursantów przychodzi do nas po wiedzę, która kiedyś zdobywało się w technikum. Ale nowe technologie także wymuszają ciągłe, szerokie dokształcanie.
Kim są Wasi kursanci?
Najczęściej to ludzie, którzy mają małe doświadczenie. Nawet jeśli posiadają tytuł inżyniera czy technika automatyka, to z tą „prawdziwą” wiedzą spotykają się dopiero w zakładzie produkcyjnym i na kursach jak nasze. Skłania mnie to do wniosku, że dziś kształcenie fachowców zostało przerzucone na pracodawców. Mam na myśli taki mechanizm: dawniej uczeń wybierając szkołę, zawodówkę, technikum czy studia, wiedział jaki zdobędzie zawód, oraz czy i gdzie taki zawód jest potrzebny. Obecnie tendencje się zmieniły: technika i szkoły wyższe „wypuszczają” technika czy inżyniera, a dopiero pracodawca „doszkala” go stosownie do potrzeb rynku.
Tutaj nasza wielka rola, ponieważ gwarantujemy praktyczność i indywidualność szkoleń i laboratoriów. Nasz klient – pracodawca, ma pewność, że kursant spędza od 30 do 50 godzin na konkretnym stanowisku pracy, pod opieką eksperta, który się specjalizuje w pracy na danym stanowisku.
Dzisiejsze tendencje mówią o konieczności „uczenia się przez całe życie”, prawda?
Promuje się koncepcję „lifelong learning” czyli zdobywania wiedzy i umiejętności przez całe życie, nie tylko w ramach formalnej edukacji. Obawiam się jednak, że na razie, doktryny się nie sprawdzają. Statystyki są zatrważające: spośród najbardziej produktywnych, czyli wieku 25-64 lata, jedynie 7-8 procent podejmuje jakąkolwiek, dodatkową naukę. To dziwne, ale ludziom nie chce się korzystać z wielu, dostępnych możliwości poszerzania kompetencji.
Nasza branża jednak jest specyficzna, bo produkcja i technologie wymagają ciągłego dokształcania. Dodatkowym bodźcem są przepisy i kultura organizacyjna firm produkcyjnych, które wymuszają ciągły rozwój pracowników. Można powiedzieć, że w branży techniczno-produkcyjnej obowiązuje kultura kształcenia.
To znaczy, że szkolenia techniczne są kluczowe dla przemysłu, wręcz całej gospodarki?
Przemysł to jeden z ważniejszych czynników wpływających na PKB. Kompetencje techniczne decydują o sposobie funkcjonowania zarówno dużych firm jak MŚP, więc dziś są potrzebne jak nigdy wcześniej. Również dlatego, że gospodarka stoi przed jednym z ważniejszych momentów rozwojowych. Do tej pory byliśmy tzw. „montownią świata” i tanią siłą roboczą. Zawdzięczamy temu napływ inwestorów i gospodarczy rozkwit, ale tamte przewagi powoli przemijają. Do tej pory uczyliśmy się od kolegów z zachodu automatyzacji. Przyszedł czas na kolejny etap: faktyczne budowanie przewag innowacyjnych.
Mówił Pan, że potrzeby są duże. Czy świadomość firm także? Szczególnie tych mniejszych?
W firmach MŚP funkcjonuje jeszcze takie dawne przekonanie, że skoro coś funkcjonuje przez 20 lat, to nie potrzebuje zmian. A duże korporacje mają świetnie zorganizowaną politykę szkoleniową, wyznaczone standardy i budżet na rozwój pracowników. To ich przewaga. Natomiast wielu właścicieli małych firm, uważa, że skoro pracownik kiedyś się „czegoś” nauczył, to powinno mu to nadal wystarczać. Cały wysiłek szkoleniowy przesuwają na dokształcanie handlowców i marketingowców, uważając, że podstawą funkcjonowania jest sprawna sprzedaż.
To się oczywiście zawsze „mści”, bo prędzej czy później okazuje się, brakuje np. inżyniera utrzymania ruchu, czy kogoś kto zadba o instalacje elektryczne.
Czy finanse są barierą dla chcących się dokształcać?
Działa bardzo wiele programów dofinansowania szkoleń. Jednym z nich jest EDIH (European Digital Innovation Hub), czyli europejskie huby innowacji. W Polsce działa 12, a jeden funkcjonuje na Śląsku: Silesia Smart City. Jego liderem jest Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna, a my jednym z konsorcjantów. Projekt stawia sobie za cel wspieranie firm, które chcą przeprowadzić transformację, zmieniać model biznesu, czy wdrażać technologie cyfrowe. EDIH oferuje środki dla małych i średnich przedsiębiorców. Krótko mówiąc: wystarczy, że pracodawca spełnia niewielkie wymagania i nie musi płacić za szkolenia kompetencyjne. Finanse nie stanowią już żadnego problemu.
Działa bardzo wiele programów dofinansowania szkoleń. O dofinansowanie można ubiegać się np. w ramach projektu: „EDIH-SILESIA Budowanie i wykorzystanie potencjału sieci EDIH SILESIA SMART SYSTEMS w celu wzmacniania procesów transformacji cyfrowej w Polsce / EDIH SILESIA SMART SYSTEMS capacity building and deployment in the EDIH network to enhance digital transformation in Poland, nr umowy DIGITAL: 101083499 — EDIH-SILESIA nr umowy FENG: FENG.02.22-IP.02-0003/23-00”.
EDIH-SILESIA to jeden z 8, działających na terenie Polski, europejskich ośrodków innowacji cyfrowych (EDIH = European Digital Innovation Hub). Jego liderem jest Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna S.A., a my jednym z konsorcjantów. Celem projektu jest wspieranie firm, które chcą przeprowadzić transformację, zmieniać model biznesu czy wdrażać technologie cyfrowe. EDIH-SILESIA oferuje środki dla mikro-, małych i średnich przedsiębiorców. Krótko mówiąc: wystarczy, że pracodawca spełnia niewielkie wymagania i nie musi płacić za szkolenia kompetencyjne. Finanse nie stanowią już żadnego problemu.
Jak wygląda ten Wasz „ośrodek szkoleniowy”. Czy to szkoła?
Budynek trochę przypomina szkołę. 8,5 tysiąca metrów kwadratowych, 50 sal, a tak naprawdę laboratoriów szkoleniowych. 350 kursantów dziennie. Różnica polega na tym, że stwarzamy im środowisko prawie identyczne z „naturalnym” miejscem pracy.
Czy na tym polega tajemnica skuteczności szkoleń? Na stworzeniu realnych warunków?
Dokładnie na tym nam zależy. Dlatego mówiłem o laboratoriach, bo każda sala przypomina środowisko produkcyjne, systemy automatyki czy elementy linii produkcyjnej. Tu można się pobrudzić olejem, budować prawdziwe systemy serwisowane w przemyśle. Chodzi o praktyczne ćwiczenia, które pozwolą wszystko rozebrać, złożyć, uruchomić, nawet się pomylić. Bez konsekwencji, bo w trybie treningowym. Pomyłka u nas jest tania, a dzięki temu można uniknąć kosztownych błędów w rzeczywistej produkcji. To wszystko jest skondensowane do kilkudziesięciu godzin. Słyszałem od kursantów, że podczas kilku dni robimy to co na uczelni robi się przez 3-4 semestry.
Czy absolwenci otrzymują certyfikaty?
Oczywiście. Ale chcę zaznaczyć, że nie są to szkolenia kwalifikacyjne. Bardzo mocno rozróżniamy dwa pojęcia: kompetencje i kwalifikacje. One często są mylone, tymczasem kwalifikacja jest czymś, co nabywamy w systemie potwierdzania, na przykład egzaminu. Dla przykładu: tytuł inżyniera czy uprawnienia operatora wózka widłowego są kwalifikacjami. Aby je zdobyć trzeba zrobić kurs, zdać egzamin i zdobyć te kwalifikacje w systemie państwowym. My dajemy kompetencje, czyli dokształcamy i pomagamy nabyć konkretne umiejętności. Dobrym przykładem jest operator frezarki, który chce posiąść umiejętność obsługi maszyny sterowanej numerycznie. Nauczymy go programowania i zyska w oczach pracodawcy. Oczywiście poświadczamy to odpowiednim dokumentem.
Kim są trenerzy prowadzący szkolenia?
Współpracuje z nami 127 praktyków, ekspertów, którzy na co dzień wykonują usługi związane ze wsparciem, budową linii, projektowaniem czy uruchamianiem. To nauczyciele, akademicy uczelni technicznych, przedsiębiorcy, wspierający przemysł w wielu dziedzinach i cenieni w środowisku.
Czy oprócz szkoleń otwartych oferujecie także tzw. szkolenia dedykowane?
Tak. Proponujemy także takie szkolenia „szyte na miarę”. Bardzo często przedsiębiorcy mówią nam o swoich potrzebach, a wtedy przygotowujemy konkretny plan realizujący ich oczekiwania. Jednak to się nie dzieje tak „ad hoc”. Mamy pełen procedury projektowania usług dla klientów. Nawiasem mówiąc, bardzo często takie „jednorazowe” produktu wchodzą do naszej oferty, ponieważ okazuje się, że spełniają oczekiwania innych firm. Rzecz jasna, szkolenia mogą się też odbywać w siedzibie klienta. Doświadczenie jednak pokazuje, że bardziej efektywne są zajęcia w naszej siedzibie, w oderwaniu od codziennych obowiązków czy rutyny.
Jak wypada polska kadra szkoleniowo-zarządcza w porównaniu z Europą?
Obecnie mamy w Polsce najlepiej wykształconych inżynierów, w całej historii edukacji i techniki. W porównaniu z zagranicznymi kadrami – polskie są „najlepszymi z najlepszych”. Mam na myśli ludzi, którzy mają 35 – 50 lat i ukończyli uczelnie techniczne w takich czasach...nazwijmy to skrupulatnego podejścia do nauki. Byli przede wszystkim ambitni, chcieli „coś osiągnąć”, a wiedza teoretyczna kształtowała ich analityczne myślenie.
Nie chodziło to by „zaliczyć” egzamin, ale nauczyć się mimo wyśrubowanego poziomu i wymagań. Nie jestem pewien czy dzisiejsza edukacja jest równie wymagająca. W każdym razie, te pokolenia, po zdobyciu wykształcenia, pracowały najczęściej za granicą i tam nabywały doświadczenia i uczyły się samodzielności. W efekcie, dziś są światową czołówką. Znam wiele przypadków, kiedy polski inżynier zna daną technologię lepiej od przedstawicieli jej producenta. Dlatego, że przez 20 lat „przeszedł” przez x podobnych, rozebrał roboty na części, poskładał a później zautomatyzował. Dziś nikt inny tego nie potrafi.
Czy firmy wykorzystują tych specjalistów?
Wystarczy się „rozejrzeć” po budowach czy fabrykach na świecie. Najczęściej automatykiem jest polski inżynier. Uważam, że to przełomowy moment dla polskiej gospodarki. Nasi inżynierowi powinni zasilać firmy budujące zakłady z Polsce. Nadal jesteśmy miejscem atrakcyjnym dla inwestorów, ale oprócz ulg podatkowych i niższych kosztów produkcji, w tej chwili o atrakcyjności inwestycyjnej decydują świetnie wykształcone kadry, współpraca z uczelniami i coś co nazywam „wysoką sprawnością techniczną”. Do tego powinniśmy dodać centra badawczo-rozwojowe, bo takich kompleksowych zasobów potrzebuje realna gospodarka oparta na wiedzy, a nie tylko na montażu części zamiennych, jak do tej pory.
Więcej informacji: www.silesiasmartsystems.pl
Dowiedz się więcej o usługach EMT-Systems w ramach EDIH-SILESIA