Koza w wagonie - czyli sukces po polsku

Dodano:
Recepta na sukces po polsku? Bardzo prosta. Najpierw trzeba zaliczyć klapę na całej linii, wykazać się kompromitującą niekompetencją, doprowadzić obywateli do furii, a następnie powrócić do stanu wyjściowego i ogłosić, że wyciągnęło się wnioski z dotychczasowych „błędów i wypaczeń”. Nie wierzycie? To posłuchajcie wiceministra w resorcie transportu, budownictwa i gospodarki morskiej, który chwali się „celebrowaniem normalności”.
Jest taki żydowski kawał: biedny Żyd przychodzi do rabina i prosi o radę. Bohater kawału mieszka w małej, ciemnej izbie w rozsypującej się chałupie z żoną, czeredką dzieci, rodzicami, szwagrem i Bóg wie z kim jeszcze. Nietrudno się domyślić, że warunki panujące w lokalu są dalekie od komfortowych. „Co robić?" – pyta Żyd. „Kupić kozę" – odpowiada rabin. „Jak to?" – nie dowierza nasz bohater. „Kupcie kozę i przyjdźcie do mnie za miesiąc” – upiera się rabin. I Żyd kupuje kozę.

Mija miesiąc i Żyd powraca do rabina. „I jak tam?" – zagaja rabin od progu. „Teraz moje życie to prawdziwy koszmar. W izbie jest jeszcze ciaśniej, śmierdzi, koza beczy, dzieci płaczą, żona ciosa mi kołki na głowie. Rabbi ratuj" – relacjonuje nasz bohater doprowadzony do granic wytrzymałości. „Dobrze – sprzedajcie więc kozę i przyjdźcie do mnie za miesiąc" – odpowiada rabin.

Mija miesiąc i Żyd przychodzi do rabina śmiejąc się od progu: „Rabbi, ja już nie mam żadnego problemu. Teraz mój dom to prawdziwy pałac".

Podobnie jest z sytuacją na kolei. Źle było w zasadzie od zawsze, ale w zeszłym roku minister Cezary Grabarczyk et consortes udowodnił nam – niczym rabin owemu Żydowi z kawału – że zawsze może być gorzej. I było – nowy rozkład jazdy wprowadzono w taki sposób, że pociągi odjeżdżały z nieistniejących peronów, pasażerowie biegali po dworcach rozpaczliwie starając się dotrzeć na święta do rodzinnego domu, a kiedy już (tu mowa o wyjątkowych szczęściarzach!) znaleźli swój pociąg, to wsiadali do niego przez okno, bo liczącym cztery wagony składem podróżowało pół miasta. Przy tych wszystkich niedogodnościach notoryczne spóźnienia pociągów jawiły się jako drobiazg, który nie powinien zakłócać satysfakcji pasażera, który jakimś cudem dostał się do wagonu.

A teraz proszę – prawdziwa Europa.  - To, że wchodzi nowy rozkład jazdy, a pociągi się nie spóźniają, pasażerowie przychodzą i nie są zaskoczeni, że pociągu nie ma lub jest, co wynika z nowego rozkładu, to pewnie efekt wniosków wyciągniętych z tego, co się stało w zeszłym roku – cieszy się wiceminister Tadeusz Jarmuziewicz. Znakomicie panie ministrze! W XXI wieku w państwie, które chce rozdawać (albo chociaż tasować) karty w UE pociągi odjeżdżają zgodnie z tym co zapisano w rozkładzie. Imponujące. Kozy już nie ma – cieszcie się obywatele.

A ja się cieszyć nie chce - bo choć wiele się musiało zmienić, to jednak wszystko zostało po staremu. Minister Sławomir Nowak już zdążył nas poinformować, że prędzej Chińczycy będą mieli swoją bazę na Księżycu, niż Polacy pojeżdżą po kraju szybką koleją (ten pierwszy cel zostanie osiągnięty w 2020 roku, ten drugi – dziesięć (sic!) lat później). A wcześniej dowiedzieliśmy się, że PKP IC zamiast remontować wagony (drogo!) najprawdopodobniej pożyczy je na czas Euro 2012 od Niemców lub Czechów (też drogo, ale przecież Euro 2012 potrwa tylko miesiąc). Czyli prowizorka i jakoś-to-będzizm na całego. Chcesz jeździć koleją – to cierp. Ministrowie latają samolotami.

Jeśli zaś obywatela na samolot nie stać, a stara, dobra kolej (z akcentem na stara) się obywatelowi nie podoba – to niech obywatel pamięta, że zawsze możemy mu wstawić do przedziału kozę, a na dodatek odczepić od wagonu lokomotywę. Prawda, panie ministrze?
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...