Siłownie wróciły. „Jak można zamknąć na wiele miesięcy obiekty, w których ludzie zyskują zdrowie i odporność?”

Dodano:
Siłownia, fitness, zdj. ilustracyjne Źródło: Shutterstock / Ivan Kurmyshov
Jesteśmy częścią profilaktyki zdrowotnej, a w pandemii potraktowano nas jak centra rozrywkowe. Jak można zamknąć na wiele miesięcy obiekty, w których ludzie zyskują zdrowie i odporność? – pyta Tomasz Napiórkowski, prezes Polskiej Federacji Fitness.

W piątek rano pierwsi klienci weszli do siłowni bez obawy, że trening przerwie im policja, która najpierw przypomni o zakazie przebywania w takich miejscach, a następnie nałoży karę za „sprowadzenie niebezpieczeństwa dla życia lub zdrowia wielu osób”. Koniec też z udawaniem, że przynależy się do Polskiego Związku Przeciągania Liny, a wizyta na siłowni to element przygotowań do międzynarodowych zawodów. Różne były sposoby na obchodzenie zakazów; jedne okazywały się skuteczne, inne tylko na chwilę pozwalały chwycić sztangę.

Ale koniec z tym. 28 maja kluby sportowe w całej Polsce otworzyły się i mogą już normalnie (lub prawie normalnie, bo ciągle obowiązują pewne ograniczenia: na jednego ćwiczącego musi przypadać co najmniej 15 m kw., a maseczkę można zdjąć dopiero w chwili przystąpienia do ćwiczeń) działać.

Wracają zajęcia grupowe, treningi personalne, można ćwiczyć też indywidualnie.

8 proc. firm mogło nie udźwignąć ograniczeń

Wielomiesięczny lockdown uderzył w setki właścicieli zarówno dużych klubów w centrach miast, jak i niewielkich osiedlowych siłowni. Tomasz Napiórkowski, prezes Polskiej Federacji Fitness mówi, że za wcześnie jeszcze, by określić „poziom szkód”, ale szacuje, że na stałe zamknęło się około 200 obiektów, czyli jakieś 8 proc. wszystkich działających przed pandemią.

Szacujemy, że z rynku, który do marca 2020 roku dawał zatrudnienie około 100 tys. osób., wypadło 10 – 15 proc. pracowników, ale dopiero po wakacjach podsumujemy, ile obiektów przetrwało kolejne miesiące zamknięcia – mówi Napiórkowski w rozmowie z Wprost.pl.

Przyznaje, że wielką niewiadomą jest jesień, bo gdyby po rozpoczęciu roku szkolnego miało się okazać, że będzie kolejne zamknięcie, to sytuacja bardzo się skomplikuje.

Ćwiczyły 2 mln Polaków. Jak będzie teraz?

Pomimo strat, jakie przyniosły ostatnie miesiące, nastroje w branży nie są złe.

Dostajemy bardzo dużo sygnałów o tym, że klienci chcą wrócić. Zobaczymy, na ile deklaracje znajdą pokrycie w rzeczywistości, ale jesteśmy dobrej myśli. Weźmy jako przykład ogródki kawiarniane i restauracyjne: deszcz czy wiatr, a one w jakimś stopniu i tak są zapełnione. Ludziom ich po prostu brakowało, więc wierzymy, że ta zasada sprawdzi się w odniesieniu do siłowni i obiektów sportowych – mówi.

Jest o czyją uwagę (i portfele) zabiegać, bo przed pandemią około 2 mln Polaków korzystało z jakiejś formy odpłatnego sportu.

Fitness na receptę, czyli czego nauczyła przedsiębiorców pandemia

Napiórkowski mówi, że pandemia dała całej branży impuls do uregulowania zasad oferowania usług rehabilitacyjnych i fizjoterapii.

„Czas pandemii pokazał, że się myliliśmy i gdy przyszło co do czego, postrzegano nas przez pryzmat niskich sufitów, siłowni w piwnicach i zabaw przy muzyce”

Obiekty sportowe już dzisiaj realizują kierunek prozdrowotny, ale chcemy go sformalizować. Przez lata wydawało się nam, że nikt nie kwestionuje, że siłownie czy baseny to nie rozrywka, ale część profilaktyki zdrowotnej. Czas pandemii pokazał, że się myliliśmy i gdy przyszło co do czego, postrzegano nas przez pryzmat niskich sufitów, siłowni w piwnicach i zabaw przy muzyce – mówi z pewnym żalem Napiórkowski.

Przywołuje przykłady krajów, w których działa coś, co możemy określić jako „fitness na receptę”.

Lekarze przepisują pacjentom z nadwagą aktywność fizyczną „na receptę” – wyjaśnia. Dla innych schorzeń (cukrzyca, wady postawy) również może zostać stworzona odpowiednia oferta.

Napiórkowski za wzór stawia Szwecję, w której jest najwyższy odsetek osób chodzących do klubów sportowych. Szacuje się, że z takich zinstytucjonalizowanych ofert korzysta aktywnie 30 proc. społeczeństwa. W Polsce przed pandemią aktywnie ćwiczących było cztery razy mniej.

Szwecja zdaje sobie sprawę, że szeroko rozumiany fitness to nie rozrywka, ale profilaktyka i wsparcie w walce z różnymi chorobami, wśród nich – z COVID-19. W Szwecji w trakcie pandemii w ogóle nie zamknięto obiektów sportowych, bo tam prawidłowo sklasyfikowany ten sektor. Skoro aktywność fizyczna stanowi wsparcie w walce z chorobą, to jak można uniemożliwiać ludziom korzystanie z obiektów? – pyta.

Kosmiczne kolejki na zabiegi

No dobrze, ale co konkretnie oferuje branża? Napiórkowski przytacza dane Krajowej Izby Fizjoterapeutów, z których wynika, że przed pandemią prawie 2 miliony pacjentów czekały na zabiegi. Przez wiele tygodni zabiegi były wstrzymane, więc kolejka mogła się nawet podwoić.

Kto dziś zapisuje się na fizjoterapię lub rehabilitację na NFZ, dostanie pewnie termin na 2023 rok. A skoro mamy kilka tysięcy obiektów sportowych z przygotowaną kadrą, to dlaczego nie włączyć ich do systemu rehabilitacji i fizjoterapii? Dlaczego nie opracować zasad współpracy między branżą fitness a ośrodkami medycznymi? – proponuje Napiórkowski.

Takie „zajęcia na receptę” w ramach NFZ mogłyby się odbywać w godzinach porannych, kiedy na siłowniach przebywa niewielu klientów. Szczegóły są zresztą do przedyskutowania. Przedstawiciele branży, którzy włączyli się w projekt, czekają na wyznaczenie spotkania w Narodowym Funduszu Zdrowia.

Jeśli uda się wypracować dobre warunki współpracy i zlikwidować kolejki, wygrają wszyscy – deklaruje Napiórkowski.

Czy karnety do klubów zdrożeją?

Czy po pierwszej wizycie klientów czeka szok cenowy? Napiórkowski przyznaje, że w części obiektów ceny mogą pójść w górę, bo przecież w ostatnich miesiącach zdrożała chociażby energia, inflacja również nie pozwala na optymizm. Nie ma jednak żadnej skoordynowanej akcji podnoszenia cen po to, by umożliwić branży nadrobienie strat.

Źródło: WPROST.pl
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...