Nowe życie Palikota

Nowe życie Palikota

Janusz Palikot
Janusz Palikot / Źródło: Newspix.pl / Michal Trojanowski / EDYTOR.net
Idąc do polityki, zarzekał się, że na dobre kończy z biznesem. Kiedy z polityką skończył, to do biznesu wrócił. Na najnowszy pomysł zebrał w internecie ponad 4 mln zł. Wystarczyło mu na to 36 dni.

O IPN mówił: „Trzeba spalić to esbeckie szambo”. O PZPN: „To burdel, w którym dziwki zarażają HIV--em”. O Rydzyku: „Szatan, który sieje w ser-cach ludzi nienawiść”. O prezydencie Lechu Kaczyńskim, że jest chamem. Kontrowersyjny lewicowy polityk z Lubelszczyzny, o którym Joanna Senyszyn pisała: „W III RP to Janusz Palikot jest bogiem marketingu szokującego”, w polityce szokował nie tylko mocnymi słowami, lecz także akcesoriami. Do historii przeszły jego wystąpienia z 2007 r., gdy rządził PiS. Pierwsze: w koszulce z napisami „Jestem gejem – Jestem z SLD”, drugie – gdy ze sztucznym penisem i policyjnym pistoletem w rękach protestował przeciwko brutalnemu traktowaniu kobiet w lubelskiej komendzie policji. Metody, choć szokujące, czasem okazywały się skuteczne – po happeningu z wibratorem wprowadzono obowiązkowy monitoring przesłuchań na komendach (wcześniej Palikot bezskutecznie się tego domagał). Dziś były poseł lewicy o polityce mówi nie-chętnie, ponownie próbując sił w biznesie. Dlaczego?

– Mam 1300 wspólników, którzy mają różne poglądy polityczne i nie ma sensu, żebym nas konfliktował wewnątrz spółki tylko dlatego, że tak czy inaczej myślę. Wprawdzie poglądów nie zmieniłem, jestem sceptyczny wobec planowanej pod-wyżki akcyzy na alkohol, nie przepadam za obecną ekipą i wolałbym, żeby ktoś inny był prezydentem, ale nie mam zamiaru angażować się w to wszystko – mówi.

W polityce spędził dekadę – dwukrotnie dostał się do Sejmu z list Platformy Obywatelskiej, po czym w 2011 r. założył własną partię Ruch Palikota (dwa lata później zmieniła nazwę na Twój Ruch), którą z trzecim wynikiem w kraju wprowadził do parlamentu. Wycofał się po podwójnej przegranej w 2015 r.: w wyborach na prezydenta RP (zdobył niespełna 1,5 proc. głosów) i do parlamentu, gdzie kandydował z listy Zjednoczonej Lewicy (Twój Ruch wszedł w koalicję wyborczą z SLD, PPS, UP i Zielonymi).

– Nie żałuje Pan tego okresu w swoim życiu? – pytam. Odpowiada, że nie, bo teraz lepiej rozumie świat. – Wcześniej moje wyobrażenia o nim były dość naiwne. Dzięki niej dojrzałem i lepiej znam jej mechanizmy – mówi. Przyznaje jednak, że polityce dużo zawdzięcza. W końcu to ona dała mu ogólnopolską popularność, którą dziś z sukcesem przekuwa w rosnący alkoholowy biznes, przynoszący kilkadziesiąt milionów złotych przychodów.

Nowe rozdanie kart

Z Januszem Palikotem spotykam się tuż przed świętami Bożego Narodzenia w kawiarni na czwartym piętrze luksusowego domu handlowego Vitkac w Warszawie. Były polityk i twórca partii przychodzi punktualnie. Wygląda niepozornie – ma na sobie ciemne ubranie: czarny T-shirt z białą liczbą „15” i dzianinową marynarkę. Z tłumu wyróżniają go tylko bujna szpakowata czupryna. – Czy często bywa pan w Warszawie? – pytam. Odpowiada, że rzadko, bo mieszka z rodziną na lubelskiej starówce. Do stolicy przygnały go zobowiązania wobec drobnych inwestorów, którzy wsparli go w crowdfundingowej akcji. Ale o tym za chwilę.

Palikot zaczyna od tego, że jest już całkowicie wolny od żalu, że w polityce mu nie wyszło. Choć początkowo, czemu nie zaprzecza, miał traumę. – Jak się odchodzi po takiej intensywności, jak człowiek wy-pada z roli, to jest rodzaj szoku. Ale trwało to góra pół roku. Później się pozbierałem i zacząłem myśleć o tym, co jest do zrobienia – tłumaczy.

Już w 2016 r. wrócił do biznesu, choć 14 lat temu zarzekał się, że z nim definitywnie kończy, bo w swojej branży osiągnął wszystko: stworzył Ambrę – firmę produkującą i dystrybuującą alkohole, przejął i rozwinął Polmos Lublin. Obie ostatecznie sprzedał – tę ostatnią tuż przed wejściem do wielkiej polityki. – Gdy w 2005 r. od-chodziłem z Polmosu, wiedziałem, że kar-ty na rynku są rozdane. Najwięksi gracze zajęli miejsca i będzie bardzo trudno coś jeszcze zdziałać – wspomina. Nie prze-widział jednak, że rynek alkoholowy, za-równo w Polsce, jak i na świecie, w ciągu dekady bardzo się zmieni. – To dwa inne kraje, dwie gospodarki. Mamy boom inwestycyjny, rekordowo niskie bezrobocie, ludzie coraz więcej zarabiają, co pobudza konsumpcję – wylicza.

Jak prawak z lewakiem

Długo zastanawiał się, od czego zacząć. Miał pokusę wejścia na rynek nieruchomości, ale zrezygnował, bo doszedł do wniosku, że nieruchomości, jak wszystko, wymagają wiedzy. Że można próbować tam działać, ale człowiek powinien robić to, co umie najlepiej. – W moim przypadku to był i jest alkohol, znam ludzi z tego środowiska, kupców, dostawców, nie tylko w Polsce – dodaje. I faktycznie, o alkoholach Janusz Palikot może mówić bez końca. Że wszystkie te wina, które filozofowie pili w starożytności, były słodkie jak dzisiejsze wermuty czy sangrie. Że kiedyś zakładano winnice pod Gdańskiem, że pierwsze na świecie wytrawne wino powstało dopiero w 1906 r., że w czasach Zagłoby piwo miało 2-3 proc. alkoholu, dlatego pito je jak wodę. Gdy tak opowiada, trudno mu przerwać. Ale wcinam się z pytaniem, dlaczego w 2016 r. postanowił produkować nie wino, tylko piwo i kupił browar Tenczynek od Marka Jakubiaka, znanego z nacjonalistycznych poglądów posła Kukiz`15, który z poglądami Palikota nie ma nic wspólnego?

– Jak zacząłem jeździć po Polsce, oglądać różne winnice, nowych producentów alkoholu i coraz więcej czytać o rynku, zrozumiałem, że największa strukturalna zmiana zaszła w piwie. Bo aż 10 proc. konsumentów bardzo dużego, bo trzeciego co do wielkości rynku piwa w Europie, kupuje już jakieś inne piwo niż wcześniej. A skoro są nowe zachowania konsumenckie – ludzie coraz chętniej sięgają po piwa rzemieślnicze, lokalne – to z pewną dozą kreatywności i pracowitości można być lepszym od wielkich graczy, bo oni zawsze z opóźnieniem reagują na zmiany – przekonuje. Drążę więc dalej: czy różnice w poglądach politycznych nie przeszkadzały mu w robieniu interesów z posłem Kukiz’15? Odpowiada, że trudno byłoby, żeby przy tak odmiennych poglądach zostali wspólnikami, ale zawarcie transakcji kupić-sprzedać, przy zachowaniu podstawowych zasad, nie było problemem. – Zresztą Marek Jakubiak oddziela poglądy polityczne od biznesu, podobnie jak ja. Choć mógłbym powiedzieć, że cieszę się, że od-kupiłem browar od prawicowego polityka, a on może się cieszyć, że zarobił na lewicowym polityku – dodaje.

Do dziś Palikot zainwestował w podkrakowski browar ponad 40 mln zł. Gdy go przejmował, obiekt produkował prawie 40 tys. hektolitrów piwa rocznie. Nie miał swojej linii rozlewniczej, brakowało, np. rozlewu bez tlenu, przepompowywania z jednego wydziału na drugi itp. Po doposażeniu dziś jest w stanie produkować nawet 100 tys. hektolitrów rocznie. – To dobry zakład regionalny, bo 100 tys. hektolitrów robią browary Fortuna i Kormoran. W segmencie piw jakościowych, regionalnych, rzemieślniczych, już jesteśmy znaczącym graczem, a w dwa lata uzyskaliśmy to, co browar Pinta w 10 lat – mówi Palikot. Co dokładnie uzyskaliście? – dopytuję. W pierwszym roku działania, czyli w 2018 r., sprzedali milion półlitrowych butelek. W 2019 – około 3-4 mln butelek. – A na przyszły rok planujemy dwa razy więcej, bo to wciąż mało w stosunku do tego, ile w Polsce wypija się piwa, czyli 8 mld butelek rocznie – odpowiada.

Hodowle w beczkach

Pora jednak wrócić do crowfundingowego wątku, który przywiał go przed świętami do Warszawy. A było tak: Janusz Palikot po stanowił zebrać 4 mln zł w ramach zbiórki internetowej na rzemieślniczą produkcję okowity, czyli staropolskiego, potrójnie destylowanego mocnego alkoholu. Pomysł wziął się stąd, że w czasie remontu piwnic browaru znaleziono butelkę starej okowity tenczyńskiej. To go zainspirowało, zaczął drążyć temat, czytać o tym alkoholu. Okazało się, że kiedyś był w tym miejscu produkowany i Palikotowi zachciało się dać mu drugie życie. Założył więc spółkę Tenczyńska Okovita SA i wystawił na sprze-daż prawie 200 tys. akcji po 22 zł. Pieniądze – dokładnie 4,18 mln zł – zebrał w 36 dni, bijąc rekord polskiego equity crowdfundingu, zarówno jeśli chodzi o sumę, jak i tempo zbiórki.

Razem z kasą zebrał 1339 inwestorów, z których zdaniem dziś bardzo się liczy. Tylko po co mu to było, skoro wspomniane 4 mln zł nie stanowiło dla niego finansowe-go problemu? – Chodziło o to, żeby weszło w to dużo drobnych inwestorów, bo cała idea opierała się na tym, aby zebrać armię ludzi – zwolenników projektu, którzy staną się swojego rodzaju działem sprzedażowo--marketingowym. Bo po pierwsze, sami kupią ten produkt, a po drugie, będą o nim opowiadali innym, zrobią zdjęcia i wrzucą do Internetu. Będą zaangażowani w sprawę, choć nie płacę im pensji, jak Coca-Co-la, która też ma tysiąc osób w dziale sprzedaży – opowiada. Oni i tak mają łatwiej, bo przecież reklama Coca-Coli nie jest – tak jak reklama mocnych trunków – zabroniona.

Na tym jednak nie koniec, dziś były polityk lewicy promuje też kolejny projekt, tzw. Beczki Palikota. – Ta okowita po trzech latach w dębowej beczce stanie się whisky. A po dziesięciu będzie 10-letnią whisky, mającą dużą wartość rynkową. Dziś inwestuje pani 4-8 tys. zł w jedną taką beczkę, w zależności od pojemności (do wyboru są 50-, 100- i 220-litrowe) i ma 100 lub więcej procentowy przyrost w tym czasie – tłumaczy. Skąd taka pewność? – pytam. Odpowiada, że dziś na świecie jest deficyt postarzonego alkoholu, bo gdy Chińczycy i inne azjatyckie nacje się wzbogaciły, zaczęły kupować dużo postarzanego alkoholu i wykupiły – poza rumem – jego zapasy w Europie. A już szczególnie brakuje dziś postarzanej whisky. I właśnie taki alkohol będzie można sobie „wyhodować” w browarze Palikota, a potem sprzedać – restauracjom, hotelom, kolekcjonerom, koneserom, a nawet domom aukcyjnym. Czy na pewno jest w Polsce rynek na postarzany alkohol? Palikot nie ma co do tego wątpliwości. – Już dziś w Londynie czy w Paryżu są organizowane aukcje, na których ludzie oferują taki stary alkohol. Robią to nawet Sotheby`s i Christie`s. W Polsce działają pierwsze butiki finansowe, które inwestują w alkohol – wyjaśnia. Szczególnie, że – oprócz rynku kraftowych piw – w Polsce rozwija się też rynek rzemieślniczych mocnych alkoholi. – Na skutek globalizacji zaczęły się procesy na poziomie konsumentów, kwestionujące duże organizacje i marki. Niby mamy efekt skali, bo świat został poddany tym samym regułom, ale z drugiej strony konsumenci nie chcą już wyłącznie Johnniego Walkera, tylko czegoś innego – bardziej niszowego produktu, całkiem nowych smaków – tłumaczy.

Tysiące bogatszych Chińczyków, setki Hindusów.

Skoro tak dobrze radzi sobie w branży alkoholowej, to dlaczego pozbył się najpierw Ambry, a potem Polmosu? I czy taki sam los czeka browar Tenczynek? – Jestem człowiekiem, który sprawdza się na początku, w warunkach trudnych, gdy trzeba coś postawić na nogi, rozkręcić. Jak biznes po mniej więcej pięciu latach uzyskuje stabilność, wtedy potrzeba do niego ludzi z inną mentalnością, którzy wycisną z tego dodatkowy sok. Ja wtedy przechodzę do rady nadzorczej – mówi. Szczególnie, że – jak zauważa – jest tyle innych, ciekawych rzeczy do zrobienia na jakościowym rynku alkoholi. Wciąż brakuje np. polskiego szampana fermentowanego w butelkach. W planach Palikot ma też fa-brykę destylatów owocowych koło Kraśnika oraz produkcję piwa zielonego w Biłgoraju

Czy chciałby wrócić na listę 100 najbogatszych „Wprost”, na której kiedyś, przed wejściem do polityki, królował? – Nie myślę w ogóle w takich kategoriach, nie potrzebuję tych emocji. One należały do lat 90., kiedy wszystko się budowało. Dziś nie chcę się ścigać w tym segmencie – chcę robić dobre piwo, zarabiać dobre pieniądze i dobrze żyć. Poza tym, co z tego, że byłbym jednym z najbogatszych w Polsce, skoro są tysiące bogatszych ode mnie Chińczyków, setki Hindusów i tak dalej? – pyta retorycznie.

Czy wróci do wielkiej polityki, w której spędził 10 lat? Dziś zarzeka się że nie. I twierdzi, że jest szczęśliwy, że był, wygrał, przegrał, że wszystko mu się przydarzyło. Być może jednak kiedyś zmieni zdanie, w końcu w 2006 r. o prowadzeniu interesów tak mówił dziennikarzom „Dziennika Wschodniego”: „Sprzedaję Polmos i na dobre kończę z biznesem. W branży alkoholowej osiągnąłem już wszystko. Suk-ces, pieniądze... Wystarczy na dalsze życie. Teraz poświęcę się polityce. Tu mam sporo do zrobienia”.

Okładka tygodnika WPROST: 2/2020
Artykuł został opublikowany w 2/2020 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0