Wizjonerzy znad Wisły

Wizjonerzy znad Wisły

Lata, nurkuje i pływa. Ten polski dron to ewenement na skalę światową
Lata, nurkuje i pływa. Ten polski dron to ewenement na skalę światową / Źródło: centrum-drony.pl/Biuletyn Kompozyt Expo
Kiedy Steve Jobs wymyślił Maca, IBM wydawał 100 razy więcej pieniędzy na badania niż Apple. W innowacjach nie chodzi tylko o kasę, ale o ludzi, z którymi się pracuje. A tych mamy w Polsce najlepszych na świecie.

Naukowcy z Uniwersytetu Łódzkiego opracowali tekstylną ładowarkę. Hybrydowa nitka wszyta w bluzę albo krótkie spodenki pozwoli bezprzewodowo naładować smartfona podczas joggingu. Polski zespół, który opracował tę rewolucyjną technologię, poszukuje teraz inwestora. Najlepiej jakiś wielki koncern odzieżowy, typu Adidas albo Nike, który zaszyłby polską ładowarkę w swoich ubraniach. Badacze z Uniwersytetu Warszawskiego odkryli właśnie związek chemiczny, który ma bardzo silne właściwości przeciwbólowe. Działa 5 tys. razy mocniej niż dostępne dzisiaj leki. Po udanych testach na zwierzętach trwają prace nad rozpoczęciem pierwszej fazy testów klinicznych. Najsilniejszy lek przeciwbólowy opracowany w Polsce byłby używany w leczeniu paliatywnym. Ma tę przewagę nad stosowanymi obecnie opioidami, że nie uzależnia.

B-Technology, polska firma z Podkarpacia, wynalazła pierwszy na świecie latający czołg. X-Tankcopter to taki dron na gąsienicach. Porusza się po wyboistym terenie, pokonuje przeszkody i penetruje trudno dostępne miejsca, a po jednym kliknięciu pilota wzbija się w powietrze, robi zdjęcia i nagrywa filmy. Wrocławska spółka SatRevolution stworzyła miniaturowego satelitę. W kosmos ma go wystrzelić brytyjski miliarder Richard Branson. Polski nanosatelita ma obrazować Marsa i jego księżyc, analizować marsjańską atmosferę, nawet poszukiwać tam wody. Z kolei naukowcy z Politechniki Gdańskiej opracowali ekologiczny zamiennik plastiku. Ich termoplastyczna skrobia ziemniaczana mogłaby być wykorzystywana do produkcji jednorazowych sztućców, kubków i talerzy. Taki ekowidelec rozkładałby się po wyrzuceniu w trzy miesiące, a nie setki lat jak plastik. Polacy zmierzyli się też z zadaniem niemożliwym. Opracowali nawet innowacyjny preparat na kaca. Buteleczka Alcorythm, zawierająca ekstrakty roślinne, witaminy z gru py B oraz glukozę, ma wspierać pracę wątroby i chronić przed syndromem dnia poprzedniego. To tylko kilka przykładów polskich innowacji z ostatnich paru miesięcy. Skoro jest więc tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? W czerwcowym rankingu innowacyjności opublikowanym przez Komisję Europejską Polska zajmuje czwarte miejsce od końca. Za nami tylko Chorwacja, Bułgaria i Rumunia. W Global Innovation Index mamy pozycję w czwartej dziesiątce. OECD informuje, że na badania i rozwój wydajemy ok. 1 proc. PKB, czyli trzy razy mniej niż Niemcy, a nawet dwa razy mniej niż malutka Słowenia. Żadne polskie miasto nie znalazło się w zestawieniu 50 najbardziej innowacyjnych miast na świecie w opracowywanym od 12 lat prestiżowym zestawieniu australijskiej firmy badawczej 2thinknow. Pierwsze trzy miejsca zajmują kolejno: Tokio, Londyn i Dolina Krzemowa. Tylko czy to wszystko oznacza, że z polskimi innowacjami rzeczywiście jest tak źle?

Zmarnowane szanse

Co trzeci polski przedsiębiorca deklaruje, że jest innowacyjny – wynika z najnowszego badania Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości. Ale co z całą resztą? Firmy zapytane o to, dlaczego innowacji u siebie nie wdrażają, najczęściej odpowiadają, że przeraża je biurokracja. Drugą największą przeszkodą są trudności z pozyskaniem kompetentnych pracowników. Inni winę zrzucają na niekorzystne przepisy, trudności z uzyskaniem unijnych dotacji czy kredytu w banku. Najgorzej jest u tych najmniejszych. Tylko co 10. małe i średnie przedsiębiorstwo w Polsce wprowadziło w ostatnim czasie jakiś nowy produkt albo usługę. Przytłaczająca większość zajmuje się ulepszaniem produktów już istniejących na rynku. A to żadna innowacja. Z czego to wszystko wynika? Przede wszystkim winny jest brak współpracy między państwem, biznesem a nauką. – Dzisiaj wdrażaniem polskich wynalazków na rynek zajmują się naukowcy. Co profesor z jakiejś polskiej uczelni może wiedzieć np. o biznesie lotniczym? To, że umie opracować jakąś technologię, nie znaczy, że będzie potrafił ubrać ją w opakowanie i sprzedać klientowi – mówi dr Marek Dziubiński, właściciel spółki technologicznej Medicalgorithmics.

Przed laty stworzył wynalazek pozwalający na całodobowy monitoring pracy serca, przenosząc gabinet lekarski do urządzenia wielkości smartfona. Dzisiaj z jego technologii korzystają Brytyjczycy, Hiszpanie czy Amerykanie. Swój wynalazek komercjalizował w Stanach. Odbył setki spotkań z partnerami, żeby zrozumieć, czego oczekuje od niego klient. Udało się. Dostał finansowanie i przygotował produkt szyty na miarę klienta. – Kiedy słyszę, że u nas czołowa firma odpowiedzialna za wprowadzenie grafenu na rynek sprzedaje go przez internet, to brak mi słów. To tak jakby otworzyć sklep internetowy z torami kolejowymi albo tramwajami – komentuje. Oprócz grafenu takich zmarnowanych polskich wynalazków było po drodze więcej. Mogliśmy być potentatem na rynku odtwarzaczy Blu-ray. Ale tak długo dopieszczaliśmy nasz niebieski laser, że przegonili nas Japończycy z Panasonica. W okolicach Lublina mieliśmy szansę produkować innowacyjne paliwo ze spalin. Ale to nie dzięki nam tylko Niemcom z Audi na takim syntetycznym oleju mogły jeździć służbowe limuzyny Angeli Merkel. Każdą z tych szans zmarnowaliśmy.

Miliony na krzaki

Jak powinno się to robić, pokazali już dawno temu Amerykanie. Tamtejsze firmy tworzą innowacje dla rządu i armii. Później trafiają na komercyjny rynek. W Polsce przykładów takiej współpracy jest bardzo niewiele. Drugą przyczyną, dlaczego tak się dzieje, jest trochę brak pomysłu na to, gdzie te innowacje wspierać. W ostatnich latach mówiło się o tym, że należy sypać kolejne miliony złotych na start-upy. Ale czy tam rzeczywiście powstają innowacje? – Start-up to często młody człowiek, który ma marzenia, ale nikłe pojęcie o biznesie – mówi prof. Janusz Filipiak z krakowskiego koncernu IT Comarch. Jego zdaniem rządowe pieniądze na wsparcie start-upów mogłyby być skuteczniej wykorzystane przez małe i średnie firmy. – To są biznesmeni, którzy włożyli mnóstwo ciężkiej pracy w rozkręcenie firm, już coś zrobili, mają wyniki i pokazali, że potrafią. Dzięki tym środkom mogliby szybciej się rozwinąć – uważa. Podobnego zdania jest dr Tomasz Nasiłowski z działającej w branży fotoniki światłowodowej warszawskiej firmy InPhoTech: „To w tych małych i średnich firmach rodzą się szalone, nowatorskie pomysły, jak naturalne diamenty, które oszlifować, czyli wdrożyć do produkcji i do sprzedaży, powinny duże firmy”. To, że pieniądze trafiały do tej pory nie tam, gdzie trzeba, pokazał kwietniowy raport Najwyższej Izby Kontroli, która prześwietliła, do kogo poszło 15 mld zł na innowacje w latach 2011-2016. Wnioski nie pozostawiały złudzeń. Zyskiwały te firmy, które niekoniecznie były dobre w innowacjach, ale w wypełnianiu państwowych druczków. Komisje, które pięknie wypełnione wnioski później rozpatrywały, nie za bardzo zastanawiały się, czy dany projekt rzeczywiście jest nowatorski, czy nie. I tak prawie 2 mln zł dostała np. dyskoteka w Małopolsce, żeby „zainstalować nowoczesne urządzenia techniczne”. Niektóre start-upy otrzymywały miliony, żeby pokazać, jak poruszają się krzaki w grze komputerowej. Coś, co do perfekcji opracowały już dawno temu wielkie studia gamingowe, z naszym wielokrotnie nagradzanym „Wiedźminem” i CD Projektem na czele. Inne, po otrzymaniu pieniędzy, po prostu zwijały interes i zapadały się pod ziemię. Ale idzie nowe.

Polakom się chce

W 2017 r. na badania i rozwój (B+R) wydaliśmy ponad 1 proc. polskiego PKB. 10 lat wcześniej było to zawstydzające pół procenta. Rząd zaczął też myśleć nad tym, jak innowacje do Polski ściągać. Z danych Polskiego Instytutu Ekonomicznego wynika, że od paru lat rośnie u nas wysokość wsparcia podatkowego na innowacje. Do 2015 r. takiego wsparcia po prostu nie było. Na tę pomoc złożyły się rządowe dotacje, środki unijne oraz preferencyjne pożyczki czy leasingi uruchomione przez PKO BP i Europejski Fundusz Inwestycyjny. Doszły też ulgi podatkowe. Jeszcze trzy lata temu na działalność B+R przedsiębiorca mógł odliczyć sobie 30 proc. kosztów.

To bardzo mało, biorąc pod uwagę, że wdrożenie każdej innowacji wiąże się z ogromnym ryzykiem niepowodzenia, a wiadomo, że firma i tak nie zacznie od razu na nowatorskim produkcie zarabiać. Dzisiaj można odliczać już 100 proc. kosztów na działalność innowacyjną. Od początku tego roku weszła też w życie kolejna nowość – ulga podatkowa IP Box. W skrócie polega na tym, że skoro firma opracowała jakąś innowację, ma jakiś patent, to państwo nie będzie jej karać 19-proc. podatkiem PIT, a jedynie stawką 5-proc. Podobne ulgi mają Słowacy, Węgrzy czy Litwini, ale spośród wielu państw Starego Kontynentu to w Polsce ulga jest najwyższa. A to zdaniem ekspertów może przyciągać do nas innowacje. Zatrudnienie w tym sektorze zaczęło zresztą parę lat temu nareszcie rosnąć. W 2017 r. w Polsce było 144 tys. etatów w obszarze B+R. Dwa lata wcześniej o 35 tys. mniej. Zdaniem Polskiego Instytutu Ekonomicznego odnotowaliśmy więc najszybszy wzrost zatrudnienia w działalności badawczo-rozwojowej spośród wszystkich krajów UE i OECD. I to właśnie ludzie są naszym najmocniejszym atutem. W rankingu serwisu HackerRank, w którym wzięło udział 300 tys. programistów z całego świata, Polacy zajęli trzecie miejsce. Zostawiliśmy w tyle Niemców, Japończyków czy Amerykanów. Lepsi byli tylko Chińczycy i Rosjanie. W pisaniu algorytmów polscy informatycy byli już na drugim miejscu, zaraz za Rosjanami.

– To, co mamy my, a czego nie ma w innych krajach zachodniej Europy, to sporo młodych ludzi, którym jeszcze się chce. Na Zachodzie każdy siedzi zamknięty w swojej „klatce”. Pokutuje myślenie – jak tata nie miał wyższego wykształcenia, to i ja nie będę miał. Polacy są dynamiczni, bardziej zmotywowani do działania, lepiej wykształceni, chce im się. Wystarczy im pokazać ważny cel, dostarczyć środki i będą walczyć do upadłego. Prędzej czy później zrobimy wyrwę w skostniałym świecie zachodniego biznesu – mówi prof. Janusz Filipiak.

Steve Jobs powtarzał, że innowacja nie zależy od tego, ile miliardów dolarów przeznaczy się na badania. Kiedy Apple wymyślił Maca, jego gigantyczny rywal IBM wydawał na innowacje 100 razy więcej. Tutaj nie chodzi o pieniądze, a przede wszystkim o ludzi, z którymi się pracuje. Zaś najlepsze polskie innowacje jeszcze nie powstały, bo dopiero kiełkują w głowach naszych studentów.

Okładka tygodnika WPROST: 43/2019
Artykuł został opublikowany w 43/2019 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0