Wiele osób mówi, że boi się wejść do galerii. Że to nie dla nich, bo nie znają się na sztuce. Skąd się bierze ten lęk?
Z przekonania, że stojąc przed obrazem, trzeba coś umieć. Że jest jakiś zestaw pojęć do zaliczenia, a jeśli go nie mamy, to lepiej nie wchodzić, bo ktoś nas przyłapie na niewiedzy. Tymczasem sztuka nie wymaga wiedzy, prosi tylko o obecność. Wystarczy stanąć przed dziełem i sprawdzić, jak reaguje nasze ciało. Na starcie nie musimy nic rozumieć, tylko czuć. Nasza reakcja to już jest kontakt ze sztuką. Wiedza przychodzi później i przychodzi sama, bo jeśli coś nas poruszy, zaczynamy szukać. Kolejność bywa odwrotna, niż nas uczono w szkole.
A nie jest tak, że pewne obrazy trzeba „rozszyfrować”, żeby cokolwiek z nich zrozumieć?
Rozszyfrowanie to jedna z przyjemności, a nie warunek wstępu. Symbol, kontekst historyczny, gest malarski – to wszystko pogłębia patrzenie i naprawdę warto po to sięgać. Ale obraz działa na widza, zanim ten dowie się czegokolwiek o autorze. Kolor działa, kompozycja działa, także skala, a nawet tytuł. Dopiero potem dochodzi warstwa, którą można nazwać i opowiedzieć. Moim zadaniem jest podać tę drugą warstwę tak, żeby nie zniszczyła pierwszej.
Stąd „Sztuka PoKawałku”?
Właśnie stąd. Smakujemy sztukę łyżeczką. Skupiam się na jednej pracy i poświęcam jej minutę. Nie opowiadam o epoce, nurcie, i całej twórczości artysty, ale przybliżam jeden obraz, rzeźbę czy grafikę. Ostatnią wystawę w galerii miał Adam Olczak-Lipman ze swoją abstrakcją, a to akurat ten obszar, który najczęściej odstrasza. Okazuje się, że kiedy pokażemy, gdzie właściwie patrzeć i co obraz przekazuje, abstrakcja przestaje być niewiadomą. Po tym filmie dostałam wiele komentarzy, że odbiorcy zobaczyli coś, czego wcześniej nie widzieli. To jest najlepszy komplement, jaki mogę dostać. Zaś obraz, o którym mówiłam, sprzedał się następnego dnia!
Minuta na pracę artysty? Nie za krótko?
Wystarczająco, żeby kogoś zaciekawić. Nie próbuję w tej minucie nikogo wyedukować, bo to niemożliwe i nieuczciwe. Próbuję otworzyć drzwi. Część osób na tym poprzestanie i to też jest w porządku. Część przyjdzie do galerii i stanie przed pracą na żywo, a wtedy zaczyna się rozmowa, na którą mamy już nie minutę, lecz godzinę. Format wideo jest zaproszeniem.
Czym się różni patrzenie na obraz w internecie od oglądania go w galerii?
Prawie wszystkim. Skalą, bo ekran wyrównuje wszystko do jednego rozmiaru, a przed dużym formatem człowiek fizycznie się cofa. Fakturą, bo na zdjęciu nie widać grubości farby ani śladu pędzla. Światłem, które w galerii zmienia obraz w zależności od tego, z której strony podejdziemy. I czasem. W internecie patrzymy trzy sekundy, w galerii można zostać na dłużej. Dlatego zawsze zachęcam: przyjdźcie zobaczyć, nawet jeśli poznaliście pracę przez ekran telefonu.
Jest pani kuratorką wystaw w ToTuart i projektów, w które galeria angażuje się zarówno w kraju, jak i za granicą. Co właściwie robi kurator?
Buduje opowieść z prac, które już istnieją. Artysta tworzy dzieło, kurator tworzy kontekst i od tego kontekstu zależy, ile z tego dzieła widz zobaczy. Ta sama praca powieszona obok innej pracy, w innym pomieszczeniu, w innym oświetleniu, mówi coś zupełnie innego. Wystawa nie jest zbiorem obrazów, tylko zdaniem, które się układa z kolejnych elementów umieszczonych w przestrzeni. Odwiedzający rzadko o tym myśli, i bardzo dobrze. Jeśli zauważa pracę kuratora, to znaczy, że zrobiłam ją zbyt ostentacyjnie. Zawsze myślę o odbiorcy i samej materii wydarzenia. Inaczej buduję narrację na wystawy w ToTuart w Polsce, inaczej na wydarzenie masowe, np. Targi Sztuki, a jeszcze inaczej będziemy budować narrację w naszej nowo otwieranej galerii w USA. Już w czasie najbliższego Art Basel Miami Beach zainaugurujemy amerykańską galerię ToTuart P2 Passage Lab. Zapraszamy do Miami od 30 listopada do 6 grudnia 2026 r.
Jak wygląda praca nad wystawą od środka?
Zaczyna się od pytania, o czym ta wystawa ma być. Nie „co pokażemy”, ale „co widz ma z niej wynieść”. Potem dopiero dobiera się prace, a część z nich trzeba odrzucić, bo nie wpisują się w tę myśl. To najtrudniejszy moment. Później są tematy praktyczne: wysokość zawieszenia, odległości między pracami, kolejność, w jakiej widz je napotka, dostosowanie światła. Milimetry i stopnie Kelvina. Nie brzmi to romantycznie, ale właśnie na tym poziomie decyduje się, czy wystawa zadziała.
W Galerii ToTuart pokazywane są prace Wojciecha Siudmaka –artysty o bardzo rozpoznawalnym, gęstym od symboli świecie. Organizujecie jego wystawy w Polsce i za granicą. Jak się kuratoruje taką niezwykłą twórczość?
Z uważnością, bo u Siudmaka wszystko jest przemyślane do końca, nie ma przypadkowego detalu. Trzeba dać tym pracom powietrze, żeby widz mógł do nich wejść i zostać. To twórczość, która nagradza dłuższe patrzenie, więc wystawa musi zachęcać do zatrzymania się, a nie do przejścia dalej. A jednocześnie warto pamiętać, że Wojtek Siudmak jest artystą znanym od wielu lat. Jego prace przyciągają ludzi, którzy nigdy wcześniej nie byli w galerii, bo pamiętają te obrazy i grafiki z okładek książek i stron „Fantastyki”. A teraz mogą wnikliwie przyjrzeć się temu pociągnięciu ołówka i uderzeniu pędzla.
Ostatnie lata pracy z Wojtkiem były bardzo intensywne, ale mam wrażenie, że w tym roku i latach, które są przed nami, wszyscy weszliśmy na inny poziom działań. 19 września odsłoniliśmy wspólnie z marką Brubeck oraz firmą Tubądzin przepiękną ceramiczną elewację na Ratuszu w Zduńskiej Woli, na którą został przeniesiony tryptyk „Odyseja Kosmicznych Katedr” namalowany przez Wojtka specjalnie na tę okazję. Miesiąc później przed Ratuszem stanęła czterometrowa rzeźba autorstwa mistrza „Czuły Dialog”. W listopadzie w EC1 w Łodzi czeka nas wernisaż największej wystawy jego prac w Polsce i inauguracja Międzynarodowego Centrum Sztuki Science Fiction, Fantastyki i Nauki im. Wojciecha Siudmaka. Zapraszam już dziś.
Nie zatrzymujecie się tylko na rynku polskim?
Nie, bo skala międzynarodowa jest nie tylko inspirująca, ale również prowokuje nas do rozwoju. Rynek amerykański to cały czas ponad 50 proc. globalnego rynku sztuki. Dodatkowo Międzynarodowe Centrum Wojciecha Siudmaka, które mamy przyjemność współtworzyć jako ToTuArt, daje nam szeroki kontekst i połączenie z popkulturą, ze szczególnym uwzględnieniem ogromnego świata SF. To dla nas bardzo ciekawe móc operować w tak różnych obszarach.
Galeria prowadzi też program dla artystów mniej znanych. Co decyduje, że dana osoba trafia do ToTArt?
Najpierw to, czy dzieło ma coś własnego do powiedzenia: czy widzę w niej artystę autentycznego, mającego pomysł na swoją drogę twórczą, czy widzę cudze wpływy. Potem konsekwencja: czy to jest język, który ktoś rozwija, czy jednorazowy udany obraz, rzeźba. I rzemiosło, bo w sztuce nie da się go obejść żadną koncepcją. Zdarza się, że staję przed pracą i ona tak na mnie działa, że już wiem, że chcę zobaczyć więcej, bo jestem wystarczająco zaintrygowana. Intuicja i osobista wrażliwość także są narzędziami pracy kuratora.
ToTuArt mówi wprost o sztuce jako o inwestycji. Nie gryzie się to z edukacją estetyczną?
Nie, jeśli zachowa się właściwą kolejność. Gryzie się wtedy, kiedy ktoś kupuje obraz, którego nie lubi, bo policzył, że zyska na wartości. Taki człowiek zostaje z inwestycją na ścianie i z niczym więcej. Moja rola jest po stronie patrzenia. Pragnę, żeby ludzie najpierw nauczyli się widzieć, a decyzje finansowe podejmowali z tej pozycji. Wtedy obraz pracuje podwójnie: cieszy codziennie i ma szansę zyskać. W odwrotnej kolejności działa tylko połowicznie.
Czego najczęściej nie wiedzą osoby, które kupują swoją pierwszą pracę?
Że mogą pytać. Przychodzą przygotowani na to, że galeria będzie ich oceniać, a wystarczy powiedzieć „nie znam się, proszę mi opowiedzieć” i cała rozmowa idzie inaczej. Druga rzecz: że nie trzeba od razu kupować. Można przyjść trzy razy, popatrzeć, pomyśleć i wrócić po miesiącu. Dobra galeria się z tego cieszy, bo buduje relację na lata, a nie pojedynczą transakcję. I trzecia, że pierwszy zakup wcale nie musi być drogi. Grafika czy rysunek to pełnoprawny początek kolekcji.
Gdyby ktoś przeczytał tę rozmowę i chciał zrobić krok w stronę sztuki – od czego ma zacząć?
Od wejścia do galerii bez oczekiwań. Wstęp jest wolny, nikt nie pyta o kompetencje, można pochodzić dwadzieścia minut i wyjść. Radziłabym tylko jedno: zamiast obejść wszystko, proszę znaleźć jedną pracę, która sama do nas „mówi”, i zostać przy niej dłużej, niż wydaje się, że wypada. Tam się to zaczyna. Nie w encyklopedii i nie w cenniku, ale w tym jednym momencie, kiedy człowiek zapomina, gdzie jest.


