Nie chodzi o to, żeby pacjent pasował do terapii
Czy pamięta pani moment, w którym pomyślała: „może to nie pacjent ma problem, tylko my robimy coś nie tak?”.
Chyba nie był to jeden moment, raczej proces. W pracy z pacjentami z ADHD i w spektrum autyzmu zaczęłam zauważać, że część z nich uczestniczy w standardowych programach terapeutycznych, ale nie osiąga efektów, których wspólnie oczekujemy. To było dla mnie ważne pytanie kliniczne. Jeśli pacjent się angażuje, przychodzi na terapię, próbuje korzystać z proponowanych metod, a mimo to coś nie działa, warto sprawdzić, czy sam sposób leczenia jest dla niego odpowiedni. Zamiast pytać wyłącznie, czego pacjent nie potrafi, zaczęliśmy więc pytać, czego potrzebuje, żeby terapia mogła zadziałać.
To właśnie z takiej obserwacji narodził się pomysł stworzenia osobnych grup?
Tak. Pomysł pojawił się w 2024 r. W rozmowie z kierownikiem Kliniki Psychiatrii, Stresu Bojowego i Psychotraumatologii WIM- -PIB płk. dr. n. med. Radosławem Tworusem wspomniałam, że dobrze byłoby stworzyć odrębną grupę dla osób w spektrum autyzmu, a później także dla osób z ADHD. Nie miałam wtedy gotowego projektu. To była raczej intuicja, że możemy zrobić coś potrzebnego. Otrzymałam jednak wsparcie i zaczęliśmy tę myśl przekuwać w konkretny program. Tak powstał Leonidas, a później Odyseusz.
Brzmi jak historia klinicznej obserwacji, która zamieniła się w innowację. Ale skąd wiedziała pani, że taka potrzeba rzeczywiście jest duża?
Bardzo dużo nauczyły mnie konsultacje psychiatryczne dla studentów korzystających z Centrum Pomocy Psychologicznej Uniwersytetu Warszawskiego. Spotykałam młodych dorosłych, którzy przez lata funkcjonowali bez właściwego rozpoznania ADHD czy spektrum autyzmu. Część miała już za sobą różne próby leczenia, ale nadal nie otrzymywała pomocy odpowiadającej ich rzeczywistym potrzebom. To było uderzające. Widziałam osoby, które bardzo się starały, a mimo to miały poczucie, że ciągle sobie nie radzą. Czasem właściwe rozpoznanie pozwalało spojrzeć na ich dotychczasowe doświadczenia zupełnie inaczej.
Czy diagnoza może więc zmienić nie tylko sposób leczenia, ale również sposób, w jaki człowiek rozumie samego siebie?
Zdecydowanie. Pacjent może przez lata słyszeć, że jest nieuważny, zbyt emocjonalny, impulsywny albo „nie wykorzystuje swojego potencjału”. Tymczasem za tymi trudnościami może stać określony sposób funkcjonowania układu nerwowego. Diagnoza nie powinna być etykietą. Powinna być mapą. Pomaga zrozumieć, skąd pewne trudności się biorą i czego można potrzebować, żeby lepiej sobie z nimi radzić.
Leonidas i Odyseusz mają piękne, ale też zobowiązujące nazwy.
Chcieliśmy, żeby te programy miały swoją tożsamość. Leonidas to 12-tygodniowy program diagnostyczno-terapeutyczny dla młodych dorosłych w spektrum autyzmu, u których współwystępują zaburzenia nerwicowe i/lub osobowości. Odyseusz, który współtworzyłam w 2026 r. z psycholog mgr Justyną Gielerak, jest 8-tygodniowym programem dla dorosłych z ADHD i współwystępującymi zaburzeniami nerwicowymi i osobowości. Pracujemy m.in. nad emocjami, relacjami, koncentracją, impulsywnością, planowaniem czy prokrastynacją. Ale równie ważne jest to, żeby pacjent lepiej rozumiał własne funkcjonowanie.
Oba programy zostały wyróżnione Nagrodą Młoda Synapsa za Psychiatryczną Innowacyjność Roku. Najpierw Leonidas, w 2025 r., a rok później Odyseusz. Co pani czuje, kiedy patrzy na tę drogę?
Przede wszystkim wdzięczność wobec zespołu. Te programy nigdy nie byłyby możliwe dzięki jednej osobie. Pracują przy nich lekarze, psychoterapeuci, psychologowie, terapeuci zajęciowi, pielęgniarki, doradca zawodowa, psychodietetyk i psychoterapeuta uzależnień. Myślę też, że te nagrody są sygnałem, że psychiatria zaczyna dostrzegać potrzebę większej elastyczności. Innowacja nie zawsze musi oznaczać nową technologię czy skomplikowaną procedurę. Czasem innowacją jest uważne przyglądanie się temu, co nie działa, i odwaga, żeby zrobić coś inaczej.
Czego nauczyli panią sami pacjenci?
Pokory. I tego, żeby nie zakładać zbyt szybko, że wiem, co jest dla kogoś najlepsze. Każdy pacjent przychodzi ze swoją historią, sposobem myślenia, doświadczeniami i potrzebami. Praca z osobami neuroatypowymi bardzo mocno przypomina mi, że psychiatra też musi pozostać ciekawy drugiego człowieka. Musi słuchać i być gotowy zmienić własną perspektywę.
A czego obawia się pani w związku z rosnącą popularnością pojęcia „neuroróżnorodność”?
Tego, żeby nie stało się ono kolejną etykietą. Neuroróżnorodność nie powinna oznaczać ani automatycznego uznawania wszystkich trudności za część „innego stylu funkcjonowania”, ani odwrotnie – odrzucania każdego odstępstwa od normy. Potrzebujemy uważnej diagnostyki i indywidualnego podejścia.
Czyli dokąd powinna zmierzać współczesna psychiatria?
W stronę większej uważności na człowieka, a mniejszej wiary w jeden uniwersalny schemat. Czasem pacjent potrzebuje innego języka, innego tempa, innych narzędzi. Nie oznacza to, że trzeba obniżać wymagania. Oznacza, że trzeba lepiej rozumieć, co pomoże tej konkretnej osobie z tych wymagań skorzystać. Myślę, że właśnie na tym polega dobra psychiatria. Nie na tym, żeby pacjent za wszelką cenę pasował do terapii. To terapia powinna być na tyle elastyczna, żeby znaleźć drogę do pacjenta.