Co z tym Lords of the Fallen? Przybłęda w soulsowej rodzinie dzieli fanów gatunku

Co z tym Lords of the Fallen? Przybłęda w soulsowej rodzinie dzieli fanów gatunku

Lords of the Fallen
Lords of the FallenŹródło:CI Games
Nazywane „polskimi soulsami” Lords of the Fallen odbiło się głośnym echem w niemałym świecie fanów Dark Souls i Demon Souls. Czy hałaśliwy kolega zostanie jednak dopuszczony do szacownego grona i stanie w jednym szeregu z tuzami gatunku?

Lords of the Fallen od 13 października prowokuje spory między graczami, dla których szczytem przyjemności jest turlanie się wokół bossa bez zbroi i doliczanie kolejnych zgonów. Oprócz dwóch spierających się o ocenę tej gry grup jest jeszcze trzecia, która zwyczajnie nie może wyjść z menu. Przez problemy z optymalizacją wciąż są osoby, dla których zabawa pozostaje niedostępna. Twórcy robią co mogą i od premiery wypuścili już kilka łatek. Nie załatwiło to jednak wszystkich problemów.

Lords of the Fallen, czyli „polskie soulsy”

Mam znajomych, którzy na ten tytuł czekali miesiącami, by ostatecznie obejść się smakiem. Ja usłyszałem o nim na krótko przed premierą i musiałem dowiadywać się wszystkiego na gorąco. Wytłumaczono mi więc, że jest to reboot gry z 2014 roku o tym samym tytule, dostarczony światu przez polskie CI Games, choć wyprodukowany przez zależne studio Hexworks. Obie produkcje są tylko luźno ze sobą powiązane, więc nie trzeba znać pierwszej, by czerpać przyjemność z drugiej.

Najkrócej mówiąc, trafiamy do mrocznego świata, w którym ginie się dwa razy. Po śmierci (albo na własne życzenie) wstępujemy do jeszcze mroczniejszej rzeczywistości, nazywanej Umbralem. To coś jak druga strona w „Stranger Things” albo inny wymiar, do którego przenosi się Frodo po założeniu pierścienia w najpopularniejszym dziele Tolkiena. Podobnie jak w podanych przykładach, jest to kraina wyjątkowo niebezpieczna – im dłużej w niej zostajemy, tym potężniejsze ścigają nas potwory. Oczywiście po powrocie z zaświatów wcale nie jest dużo prościej.

Lords of the Fallen to pełnokrwisty souls-like. To właściwie niemal klon Dark Souls, mogący z powodzeniem stanowić kolejną część serii. Uderzające, że można „pożyczyć” tyle elementów gry i nie zostać oskarżonym o plagiat. To swego rodzaju fenomen, że gracze widząc kolejny tytuł z duszami, bossami, systemem „ognisk”, charakterystycznym systemem walki i budowy lokacji, wliczają go bez mrugnięcia okiem do „gatunku”, zamiast potępić kompletny brak oryginalności.

Z drugiej strony, czego mogą oczekiwać osoby zakochane w Bloodborne, Sekiro czy Elden Ringu? Oczywiście, że kolejnych „soulsów”. Wydaje się, że w tym może tkwić odpowiedź na pytanie o mieszane przyjęcie Lords of the Fallen. W ostatnim czasie „soulsowcy” byli nieco rozpieszczani, by wspomnieć choćby o Remnant II czy Lies of P. To z tym drugim tytułem najczęściej zestawia się „Lordsów”, podkreślając wyższość pokręconej opowieści o Pinokiu. Być może gdyby Lords of the Fallen wyszło dwa miesiące później, to odbiór tej gry byłby zupełnie inny.

Bambik w bezlitosnym świecie „soulsów”

Ten przydługi wstęp powstał nie bez powodu. Staram się zarysować kontekst, w którym dorwałem się do produkcji CI Games. Po pierwsze, miałem to szczęście, że ominęły mnie problemy z optymalizacją. Gra chodzi u mnie wyjątkowo dobrze na tyle, że mogę ją nawet streamować i nie odczuwam żadnych spadków FPS. Po drugie, ominął mnie szał na Lies of P, bo ogrywałem akurat coś innego. Po trzecie... nie jestem zwyczajnie soulsowym maniakiem.

Muszę to przyznać, ale od gatunku odbiłem się dosyć boleśnie. Z całej gamy dostępnych tytułów, zagrałem jedynie w Dark Souls: Remastered. Zanim uporałem się z gargulcami, miałem już 200 zgonów na liczniku. Kiedy dotarłem do demona z dwoma psami, musiałem odpuścić. Stwierdziłem, że jest to gra nie na moje nerwy i umiejętności. Gdybym grał w nią choć minutę dłużej, skończyłbym z monitorem przebitym pięścią. Ominąłem nawet Elden Ringa, mimo zapewnień przyjaciół, że jest to produkcja łatwiejsza od pozostałych ze stajni FromSoftware.

Lords of the Fallen recenzuję nieco z przypadku, ale i z ciekawości. Chciałem zobaczyć, czy po odczekaniu ponad roku nadal będę reagował na soulsy tak drastycznie. I muszę przyznać, że tym razem wciągnąłem się na dobre. Po 16 godzinach zabawy zbliżam się do 200 śmierci, ale tym razem czuję, że robię jakieś postępy. Pokonałem już czterech poważnych bossów, tylko na jednym padając około 80 razy. Tym razem jednak te „męczarnie” są przyjemne.

Jednocześnie mam wrażenie, jakbym dalej grał w jedynkę Dark Souls, tylko z lepszą grafiką. Wszystko jest tu tak podobne, że stanowi niejako przedłużenie tamtej gry. Nawet po zdjęciu zbroi moja postać tak samo zyskuje na prędkości przy unikach. Nadal jest mrocznie i trzeba uważać na każdego pojedynczego przeciwnika. Nadal wściekam się, kiedy spadam w przepaść i tracę cenne dusze. Wydaje mi się jednak, że umieranie jest tutaj nieco bardziej sprawiedliwe. Nie winię topornego sterowania ani przesadzonych wrogów, tylko swój brak koncentracji. Kompletnie zignorowałem też system magii i kilka innych pomysłów. Być może z nimi miałbym łatwiej.

Lubicie trudne gry? Polubicie Lords of the Fallen

Podkreślmy: ta gra jest bardzo trudna. Równie często co na bossach, zginiemy tutaj w drodze między nimi. Lokacje aż roją się od przeciwników, a niektórzy z nich to straszne utrapienie. Trzeba nieustannie zachowywać czujność i nie wszędzie da się przebiec „na pałę”, jak to w Dark Soulsach bywało. Tutaj cierpliwość i metodyczne wybijanie wrogów popłaca. Być może jest to największa różnica pomiędzy Lords of the Fallen, a pozostałymi grami z gatunku. Niektórzy czynią z tego zarzut, ja traktuję jako interesującą odmianę. To nie typowe bieganie od bossa do bossa. Tu wyzwaniem jest każdych parę metrów.

W świecie, w którym wszystko chce cię zabić, czasami zapomina się o podziwianiu widoków. Zdarzało się, że na siłę zatrzymywałem swojego bohatera w połowie sprintu, żeby przyjrzeć się ciekawiej zaprojektowanemu elementowi. Gra nie jest jakoś nadzwyczaj piękna, raczej daleko jej do Elden Ringa, ale zdecydowanie spełnia wymogi, stawiane współczesnym produkcjom. Jest bardzo ładna, a wybija się w momencie, kiedy zwiedzamy świat umarłych. Tamtejsze lokacje przypominają obrazy Beksińskiego i mogą stanowić dobrą podstawę dla waszych koszmarów sennych. O muzyce powiedzmy tyle, że jest klimatyczna i nie przeszkadza. To zawsze mały plus.

Nie wiem, czy bawię się w Lords of the Fallen tak dobrze dlatego, że zwyczajnie dojrzałem do tego gatunku i stałem się „soulsiarzem”, czy może przeciwnie – za mało grałem w produkcje z duszami i ogniskami. Nie ufam sobie w tej kwestii, dlatego posłużę się opiniami ludzi, z którymi miałem okazję porozmawiać na ten temat. Część z nich kwituje wszystko stwierdzeniem: „Lies of P lepsze”. Mają prawo, nawet jeśli niektórzy z nich znają się z tytułem CI Games tylko z widzenia.

Sporo jest jednak osób, które okazują zaskoczenie negatywnymi ocenami na Steamie i nie zgadzają się z kąśliwymi recenzjami w sieci. Tu również trafiają się oczywiście tacy, dla których Lords of the Fallen dostępny był jedynie na streamach. Wśród obrońców „polskich soulsów” znalazły się jednak znane mi osoby, które zjadły zęby na podobnych grach i bawią się w „Lordsach” świetnie. Jeżeli one dostrzegają potencjał w tej produkcji, to i ja bez większego wahania mogę ją polecić. O ile oczywiście pójdzie na waszym sprzęcie. Sprawdźcie to przed ściągnięciem, albo kupcie na platformie, która umożliwi bezbolesny zwrot gry w razie problemów.

Nie jestem jeszcze nawet w połowie zabawy, ale mam ochotę i ambicję tym razem na poważnie powalczyć o dusze. Słyszałem od bardziej doświadczonych kolegów, że „Piromantka” i „Gość na koniu” mogą stanowić wyzwanie. Dla mnie nadal problemem są walcogłowi i miotacze podpalonych noży. Ginę raz po raz, próbując przemknąć obok zastępów kuszników i poważnie zastanawiam się nad obejrzeniem poradnika do kilku mechanik, które do tej pory olewałem. Jestem raczej typem leniwego gracza, który nie ma tyle zacięcia. Fakt, że się wkręciłem i chcę się poduczyć, świadczy bez wątpienia na korzyć Lords of the Fallen. Mam nadzieję, że i wam się spodoba, jeśli dacie tej grze szansę. Powodzenia na bagnach!

Czytaj też:
Pierwsze wrażenie z Jagged Alliance 3 było ważną lekcją. Cierpliwość popłaca także w grach
Czytaj też:
Mamy hit tej zimy. Daniel Craig błyszczy w „Onion Glass”. „Na pokazie recenzenckim zapadła cisza”