Kakofonia monetarna

Kakofonia monetarna

Dodano:   /  Zmieniono: 2
Najlepszy moment wejścia do strefy euro i zmiany waluty mieliśmy zaraz po przyjęciu Polski do Unii Europejskiej. Gospodarka była w dobrym stanie, złoty - mocny. Szansa ta nie została wykorzystana.
Straciliśmy dwa lata (2006 - 2007). Możemy tylko pozazdrościć Słowakom, którzy dziś nie mają kłopotów walutowych, bo od 1 stycznia tego roku są w bezpiecznej strefie euro.

Nasze zawirowania na rynkach finansowych to bardzo niekorzystna sytuacja dla całej gospodarki. Świat już zauważa nowe linie podziału w Europie - nie polityczne a walutowe i z powodu problemów ze złotym traktuje nas jako jeden z krajów regionu Europy Wschodniej, stawiając w jednej grupie z przeżywającymi poważne problemy gospodarcze Węgrami, Czechami a nawet  Litwą, Łotwą i niemal bankrutującą Ukrainą i Rosją.

Gospodarka polska jest w najlepszej kondycji w całym regionie ale to nie uchroniło naszego kraju od spekulacyjnej gry na rynkach walutowych i niewiarygodnej wręcz deprecjacji złotego. Dla porównania: podczas gdy od lipca ubiegłego roku wartość forinta i korony czeskiej, przeżywających rzeczywiste problemy gospodarcze Węgier i Czech spadły o 30 procent, to złoty zdeprecjonował się aż o 55 proc. Tym bardziej więc warto znaleźć się w grupie państw operujących jedną silna walutą, chronioną  rezerwami potężnego Europejskiego Banku Centralnego emitującego euro w całej UE, gracza którego ma powody obawiać się każdy spekulant.

Abyśmy mogli wejść do unii monetarnej złoty musi wpierw odrobić straty. Gospodarka powinna trwać w dobrej kondycji. Polskie PKB na mieszkańca ciągle oscyluje wokół 50 proc. przeciętnej unijnej. Gdy w 1999 roku wprowadzano euro, żaden kraj nie odstawał tak poważnie od średniej, jak obecnie nasz kraj. Tymczasem Komisja Europejska ma bardzo ostre wymagania. Inflacja, na przykład, może wynosić maksymalnie 1,5 pkt proc. więcej niż średnia w trzech najlepszych krajach. Polska w tej chwili spełnia tylko jedno z pięciu kryteriów z Maastricht. Wysokość długu publicznego nie przekracza dozwolonych 60 proc. PKB. Obecna zawirowanie na rynkach finansowych na pewno bardzo nam zaszkodziło i odsuwa termin przyjęcia Polski do strefy euro.

Najbardziej jednak szkodzi nam polityczny wielogłos w tej sprawie. Niestety z Polski do Brukseli płyną sprzeczne sygnały, inne od rządu, inne z NBP, a jeszcze inne od prezydenta. W sytuacji, kiedy premier na międzynarodowym forum ekonomicznym zapowiada, że  termin wejścia do strefy euro na 2011 r., a prezydent mówi, że zmiana waluty nie będzie możliwa wcześniej niż w 2018 r. nikt nie potraktuje nas poważnie.
Grze


+
 2

Czytaj także