Grałem w Assassin’s Creed: Mirage. Doskonały powrót do korzeni serii

Grałem w Assassin’s Creed: Mirage. Doskonały powrót do korzeni serii

Assassin’s Creed: Mirage – Basim Ibn Ishaq
Assassin’s Creed: Mirage – Basim Ibn Ishaq Źródło: WPROST.pl
Zagrałem w Assassin’s Creed: Mirage – długo oczekiwany powrót serii do swoich początków i na Bliski Wschód. Najnowsza gra Ubisoftu ma się czym pochwalić, bo oferuje znakomity klimat Bagdadu i destyluje to, co najlepsze w serii.

Assassin’s Creed to legendarna seria Ubisoftu, która od debiutu dobre 16 lat temu zaliczała już zarówno wzloty, jak i upadki. Masywny bagaż, jaki niósł na barkach cykl, został po raz pierwszy odcięty w Assassin's Creed: Origins. Świeża formuła gry z zupełnie odmienioną walką i mocnymi mechanikami RPG najpierw zachwyciła graczy, ale stopniowo zaczęła męczyć.

Dla mnie poprzedni Assassin's Creed: Valhalla był ostrym punktem zwrotnym. Grą teoretycznie o moich ulubionych asasynach, ale jednocześnie wydawali się oni zepchnięci na dalszy plan, bo pierwsze skrzypce grały tam przygody wikingów oraz ich bogów. Przy trzecim tytule w systemie RPG bezustanne porównywanie statystyk toporka A do miecza B oraz ogromnie napuchnięta aktywnościami pobocznymi mapa sprawiły, że coś we mnie pękło.

Już przy zapowiedzi Assassin’s Creed: Mirage Ubisoft przyobiecał jednak kolejne odcięcie. Uproszczenie rozrośniętych mechanik, powrót do klimatu Bliskiego Wschodu z kultowej pierwszej części, grę mniejszą, a bardziej skupioną i dopieszczoną. Dawno nie byłem tak zainteresowany. Po kilkunastu godzinach spędzonych w produkcji mogę potwierdzić – AC: Mirage to taki powrót, na jaki liczyłem od lat.

Assassin’s Creed: Mirage wciąga od pierwszych minut

Już w pierwszych chwilach jesteśmy wciągani w dość interesujące życie Basima Ibn Ishaqa. Nie jest to do końca nowa postać, bo w Valhalli poznawaliśmy już parę kluczowych fragmentów i finał historii tego asasyna. Nie znaczy to, że nowy gracz się tu nie odnajdzie – wiedza ta na dłuższą metę nie jest kluczowa, ale autorzy mrugają też okiem do fanów, którzy znają pewne fakty z wyprzedzeniem.

W Mirage zaczynamy od mizernych początków Basima, wychowanego na ulicy złodziejaszka, który od pierwszych chwil ma w sobie wyczuwalną nutkę Robin Hooda i odrobinę humoru, którego nie powstydziłby się Nathan Drake. Nasz bohater początkowo nie przekonał mnie do siebie swoim głosem (w angielskiej wersji językowej), ale potem szybko go polubiłem.

Basim ma wyraźnie zarysowany charakter, własne problemy, swoich realistycznie odwzorowanych przyjaciół. Dręczą go też dziwne, niewyjaśnione koszmary. Ma też ambicje, by wyrwać się ze swojego życia, liczonego od jednego do drugiego ukradzionego mieszka. Poszukuje też głębszego celu i w pewien sposób – sprawiedliwości. Historia Assassin’s Creed zawsze działała najlepiej, gdy opowiadała o stopniowej przemianie głównego bohatera. Wejście Basima w zakon Ukrytych jest ekspercko przeprowadzone i niesamowicie wciągające. Moim zdaniem spokojnie może rywalizować z początkami Altaira czy Ezio.

Nie zdradzając za dużo, dalsza fabuła czerpie nieco z rozwiązań poprzednich części. Dość szybko wraca też element nadnaturalny, ale w obecnym kontekście serii i w historii Basima po prostu nie mogło go zabraknąć. Jednocześnie AC: Mirage perfekcyjnie uwypukla elementy, które dobrze zapamiętałem z pierwszego Assassin’s Creed. Ważnym aspektem są na przykład biura asasynów, o głównych celach do eliminacji zbieramy kolejne poszlaki i dopiero za przyzwoleniem przełożonych możemy wyeliminować daną personę.

Same asasynacje są osobnymi misjami, gdzie musimy reagować na zmiany otoczenia, wywabiać cel z ukrycia i tak dalej. Idealny plan, jego ekspercka egzekucja i przerażenie w oczach celu, który nigdy się tego nie spodziewał – tak to powinno wyglądać w każdym AC i Mirage niemal idealnie dowozi takie wrażenia.

Rozgrywka w AC: Mirage – skradanie i ucieczka wracają na tron

Nie wiem jak wy, ale ja lubię, gdy mój skrytobójca… zabija skrycie. Nigdy nie przyjąłem faktu, że ukryte ostrze nie eliminuje wroga jednym ciosem z ukrycia, potem wywiązuje się z tego niezręczna walka i tak dalej. To, co działo się w ostatnich grach, było więc jak świętokradztwo.

Assassin’s Creed: Mirage jest więc dla mnie strzałem w dziesiątkę także pod względem gameplay'u. Ten został wydestylowany pod wieloma względami. Swego rodzaju odcięcie nieco przerośniętych opcji z poprzednich gier traktuje jako ogromny plus. Zaczynamy grę z parą miecz + sztylet, ukrytym ostrzem i nożami do rzucania – to tyle. Zaskakujące, jak ciekawe staje się infiltrowanie baz, gdy narzędzi mamy dość mało. Wymusza to kreatywne myślenie, pewną dozę improwizacji i daje wielką satysfakcję. Dla mnie zawsze miodne są precyzyjne eliminacje kolejnych strażników ukrytym ostrzem, zwłaszcza jeśli musimy wykonać to pod presją czasu (i tak, zawsze jest to jedno pchnięcie).

Stopniowo odblokowujemy kolejne gadżety i to wedle własnego wyboru. Dzieje się to jednak dość wolno, z umiarem. Bardzo cenię to, że autorzy nie rzucają nam w twarz torbą z całym arsenałem, co szybko trywializuje każde wyzwanie. Ograniczono też liczbę ekwipunku – mamy strój, miecz i sztylet. Każde z nich ma parę wersji, które zapewniają unikalne bonusy. Choć arsenał nie jest ogromny, wszyscy powinni znaleźć coś dla siebie.

Gdy w końcu zostajemy wykryci, w ruch wchodzą wspomniane miecz oraz sztylet, których używamy w tandemie w otwartej walce. Ta znów jest prosta, ale jednocześnie świeża. Zadajemy lekkie i ciężkie ciosy, kontrujemy, unikamy, może zdarzy się kopniak. Już to wystarcza, by walka była ciekawym wyzwaniem. Każdy cios wroga jest bardzo bolesny, więc musimy uważać i szybko reagować. Pomyłki kosztują i przy braku skupienia nawet mała grupka strażników może być wyzwaniem.

Gdy walka jest za trudna, zawsze możemy też czmychnąć. Tu opcji też jest niemało, od miejsc do schowania i nieodłącznego stogu siana, po przekupstwa danych grup, które mogą nam pomóc zniknąć lub walczyć. Wraca też klasyczny system rozgłosu, który zawsze był dla mnie perełką. Gdy bezkarnie zabijemy paru wrogów w biały dzień, będzie nam coraz trudniej poruszać się po mieście, cywile obrócą się przeciwko nam, a ulice i dachy zyskają dodatkowe patrole. W systemie balansowania otwartej walki, ucieczki i zabijania z ukrycia czułem się jak ryba w wodzie.

Czy warto zagrać w Assassin’s Creed: Mirage? Tak, chociażby dla Bagdadu

Muszę też napisać o lokalizacji – Bagdadzie i jego okolicach. AC wiele skakało już po świecie, z lepszym lub gorszym skutkiem. Dla mnie podstawą dobrej gry z serii jest osadzenie jej w doskonałej lokacji, bo miasta grają dość dużą rolę w całkowitym odbiorze gry. Niedopasowanie widać od razu – dla mnie było tak w przypadku Assassin’s Creed III czy powracającej Valhalli.

Bagdad, a szerzej Bliski Wschód, to dla mnie idealne miejsce na osadzenie najnowszego Asasyna. Miasto ma sporo wyższych budowli, co sprawia, że system parkouru lśni i pozwala bardzo zręcznie przemieszczać się po dzielnicach. Jest też co podziwiać z góry, bo kluczowe budynki są po prostu piękne. Każdy zakątek miasta tętni zaś życiem, czuć tam jakże istotną charakterystykę tej kultury, mocne islamskie korzenie i powiązanie z pustynią, tradycję kupiecką, głośne bazary, czy nutkę pałacowych intryg.

Choć jeszcze nie ukończyłem gry, to już wiem, że Assassin’s Creed: Mirage znajdzie się wysoko na mojej tegorocznej liście. Początkowe godziny pozwalają mi jednak na jasne stwierdzenie – było na co czekać.

Czytaj też:
Assassin’s Creed: Mirage zabierze nas do Bagdadu w złotym wieku. Co wiemy o tym mieście? Archeolog odpowiada
Czytaj też:
Cyberpunk 2077: Phantom Liberty. Wróciłem do gry po trzech latach. Czy tak nie mogło być od początku?

Źródło: WPROST.pl