Milionerzy ze spółdzielni

Milionerzy ze spółdzielni

Bez rozdmuchanych budżetów reklamowych, nadgodzin, deadline’ów i ASAP-ów spokojnie dają radę korporacjom. Polskie spółdzielnie po kilkudziesięciu latach zadyszki wracają w blasku chwały i wykaszają zagraniczną konkurencję.

Kiedy po lewej stronie Wisły toczyły się jeszcze ostatnie walki z niemieckim okupantem, po prawej grupa inwalidów wojennych wzięła się za robienie pierwszych interesów. Za swoją siedzibę wybrali ruiny dawnej fabryki mydeł Zylbermana, przy Grodzieńskiej 47. Znaleźli w środku kilka wag, motor elektryczny, kocioł do ogrzewania mydła i krajalnice. To wystarczyło, żeby ruszyć z produkcją. Zaczynali od pierwszej w powojennej Polsce pasty do zębów. W zasadzie to proszku do szczotkowania, w którego skład wchodziła pokruszona biała kreda i olejek miętowy. Stempel do odciskania logo na opakowaniach żołnierze zrobili z kawałka gumy zdartego ze starego kalosza. Siedząc wieczorem w ruinach fabryki, tak długo myśleli nad nazwą dla swojego biznesu, że zastał ich poranek. I tak powstała Spółdzielnia Inwalidów Świt. Wydaje się nieprawdopodobne, że biznes założony przez kilkunastu weteranów II wojny światowej przetrwał do dziś. Mało tego.


Obecnie spółdzielnia jest jednym z największych producentów kosmetyków w kraju. Kilka tygodni temu media obiegła informacja, że Świt kupuje zakład produkcyjny koncernu Colgate-Palmolive. Zakup nowej fabryki od Amerykanów ma zwiększyć moce wytwórcze z obecnych 20 mln sztuk kosmetyków do ponad 110 mln sztuk rocznie. Przykładów spółdzielni, które przetrwały na polskim rynku kilkadziesiąt lat, żeby dzisiaj wykaszać zagraniczne korporacje, jest więcej. I to bez wyciskania pracowników jak cytryn. Bez ścieżek kariery, dress code’u i supervisorów. Spółdzielnie są mocne, bo tam każdy sobie jest szefem. A jeżeli o własne miejsce pracy dba się jak o własną firmę, na sukces nie trzeba długo czekać.

100 MLN Z MAJONEZU

– Po co miałbym zamieniać spółdzielnię na spółkę albo prywatną firmę? Działamy w tej formie już od ponad 100 lat. Po co psuć coś, co dobrze funkcjonuje? – dziwi się Michał Mius, prezes kieleckiej spółdzielni Społem. Jego zakład jeszcze w czasach II RP produkował mydło, pasty do butów, świece czy bibułki do tytoniu. Dzisiaj jest najbardziej znany z produkcji Majonezu Kieleckiego. Pytam, jak to możliwe, że majonez ze zwykłej spółdzielni jest w trójce najlepiej sprzedających się produktów tej kategorii w kraju. Tuż za należącym do koncernu Nestle majonezem Winiary i przed angielsko-holenderskim Hellmann’sem. – Ocet do majonezu produkujemy sami nieprzerwanie od 1932 r. Olej i inne składniki kupujemy tylko w kraju. Słoiki pochodzą z amerykańskiej spółki Owens-Illinois, ale są produkowane też w Polsce. W podkarpackim Jarosławiu. Sięgając po nasz produkt, klient ma pewność, że pochodzi z Polski – tłumaczy sukces swojej marki. Mius pracuje w kieleckim Społem od 27 lat. Był jednym z pierwszych udziałowców spółdzielni po transformacji gospodarczej w kraju. – Odkupiliśmy od państwa cały majątek. Przez trzy lata pracowaliśmy za mniejsze pensje, bo część wynagrodzenia szła na spłatę udziałów – mówi. Dzisiaj razem z 280 innymi spółdzielcami jest współwłaścicielem majonezowego potentata. Spółdzielnia przynosi rocznie ponad 100 mln zł przychodów, z czego 5-6 mln zł to coroczny zysk. Janusz Szajta też każdy rok kończy na plusie.

Prezes spółdzielni pracy Aktywizacja z Krakowa przeszedł wszystkie szczeble kariery: od specjalisty, przez dyrektora, po prezesa, którym jest już siedem lat. – Mało kto o nas słyszał, ale jesteśmy największym producentem sprzętu BHP dla energetyki – mówi. Malutka spółdzielnia z 36 pracownikami na pokładzie ma już na koncie 17 patentów. Ich rozwiązania trafiają do największych elektrowni i zakładów energetycznych w kraju i za granicą. – To my, a nie Niemcy, wygraliśmy przetarg na dostawę uziemiaczy dla nowej nitki metra – chwali się Szajta. To takie sprytne urządzenie, które odłącza zasilanie w szynach na wypadek jakiejś awarii podczas prac serwisowych. Zaraz potem prezes opowiada, jak to wykurzył z Krakowa francuskiego giganta działającego w tej samej branży co on. – Zabierali pracowników polskich elektrowni na wycieczki do Francji, żeby namówić ich do kupna swoich produktów. Ale były kiepskie jakościowo. Pojawiały się problemy z serwisem. Daliśmy sobie szybko z nimi radę, bo mamy lepszy produkt – tłumaczy. W zeszłym roku jego spółdzielnia pobiła rekord. Aktywizacja sprzedała produkty za 17 mln zł.

W RODZINIE NIC NIE GINIE

Ani Mius, ani Szajta nie odnieśliby sukcesu, gdyby nie spółdzielcza samodyscyplina. Mimo że są prezesami, to na walnych zgromadzeniach mają i tak jeden głos, podobnie jak inni współudziałowcy. – To wtedy decydujemy, co zrobić z rocznym zyskiem. Czy podzielić się nim między sobą, czy zainwestować. Gdybyśmy za te pieniądze nie inwestowali w najlepszych fachowców i najnowocześniejszy sprzęt, dawno by nas nie było – mówi Szajta. Jego zdaniem wiele polskich spółdzielni upadło właśnie przez brak porozumienia między udziałowcami, którzy zamiast myśleć o biznesie, myśleli o własnych portfelach. A spółdzielnia to nie zwykła firma. To rodzina. Tutaj każdy pracownik ma mały procent udziałów w majątku. – To najbardziej demokratyczna forma zarządzania biznesem. I jedna z najbardziej efektownych, bo każdy pracownik ma poczucie, że dba o zakład jak o własny dom. Jeżeli nie będzie się przykładał w pracy, ucierpi na tym też jego majątek – mówi Janusz Paszkowski, wiceprezes Europejskiej Federacji Spółdzielni Pracy.

W zależności od statutu spółdzielni zwykły pracownik może stać się jej udziałowcem po roku lub kilku latach pracy. Wpłaca wpisowe, a później z pensji dokłada się do swojego udziału. – Kiedy nasz udziałowiec odchodzi na emeryturę, a jeśli przepracował ponad 30 lat, ma do odebrania ok. 100 tys. zł – mówi Szajta z krakowskiej Aktywizacji. – Mamy pracowników z nawet 40-letnim stażem. Można powiedzieć, że jesteśmy spółdzielnią wielopokoleniową, bo pracują u nas babcia z wnukiem albo tata z synem. – mówi Magdalena Czajkowska z warszawskiego Świtu. I tak jak w rodzinie, jeśli pojawiają się kłopoty, to nikt nikogo nie wyrzuca za drzwi, lecz zaciska pasa. Zdaniem prof. Ewy Leś z Instytutu Polityki Społecznej UW kiedy przyszedł kryzys finansowy, to właśnie spółdzielnie, szczególnie te zrzeszone w związkach, były na niego najbardziej odporne. Nikt nie decydował się na zwolnienia grupowe. Organizowano wtedy walne zgromadzenia i wszyscy solidarnie obniżyli sobie pensje, żeby przypadkiem ktoś nie stracił pracy. Jej zdaniem właśnie to najbardziej odróżnia spółdzielnię od zwykłej firmy. – Typowe przedsiębiorstwa są nastawione na maksymalizację zysku.

Natomiast spółdzielnie są głównie tworzone po to, aby zaspokoić ważne potrzeby spółdzielców, jak tworzenie nowych miejsc pracy i utrzymanie istniejących – mówi prof. Leś. Godziwe znaczy też solidarne. W spółdzielni pracy Muszynianka, znanym producencie wody z Krynicy-Zdroju, kierownicy zarabiają dwa razy więcej od zwykłych pracowników fizycznych. Prezes – trzy razy więcej. W spółdzielniach o pracownika się dba. Są dopłaty do wakacji dla dzieci zatrudnionych. Są bony towarowe na święta, wycieczki pracownicze, wyższe premie. Czasem postawi się nawet przedszkole dla dzieci pracowników. Coś jak z życia start- -upowców. Brakuje tylko trawnika zamiast dywanu i zjeżdżalni zamiast windy między piętrami nowoczesnego biurowca.

Przekleństwo PRL

W Polsce działa ok. 10 tys. spółdzielni w 16 różnych branżach. Łącznie dają zatrudnienie dla 300 tys. osób. Rodzajów spółdzielni jest cała masa: mieszkaniowe, pszczelarskie, ogrodnicze, wojskowe, wydawnicze. W kraju najlepiej radzą sobie te z sektora bankowego, rolnego i spożywczego. Europejskim fenomenem stały się już polskie spółdzielnie mleczarskie. Zachód myślał, że łatwo polegną w starciu z takimi mlecznymi gigantami jak francuski Danone, niemiecki Zott czy szwedzko-duńska Arla Foods. Okazuje się, że jest na odwrót. Obroty Mlekovity, Polmleku czy Mlekpolu, trzech największych polskich spółdzielni mleczarskich, przekroczyły już 10 mld zł. Ale są też takie spółdzielcze branże, które od lat kuleją. Najbardziej cierpi spółdzielczość mieszkaniowa. – Jeszcze na początku lat 90. dostarczała ponad 60 proc. nowych mieszkań, a w 2013 r. jedynie 2 proc. Istnieje więc potrzeba wzmocnienia z budżetu tego rodzaju spółdzielczości. Deficyt mieszkaniowy w Polsce szacowany jest na 800 tys. do 1,4 mln mieszkań. – mówi prof. Leś. Problemem jest też stare Prawo spółdzielcze z 1982 r. Spółdzielnie nie mogą ubiegać się o środki unijne. Jeżeli już chcą występować o dotację, to muszą to robić przez samorządy.

Trudniej im też o bankowy kredyt, bo w obiegowej opinii spółdzielnia nadal kojarzy się z reliktem minionej epoki. Problemem jest też brak właściwego nadzoru nad spółdzielniami. Wprawdzie każdy sektor ma swój związek lustracyjny, ale to bezzębny organ bez żadnych władczych funkcji. Jeżeli w konkretnej spółdzielni dzieją się złe rzeczy, to związek lustracyjny nie może takiej błędnej decyzji zmienić. Może co najwyżej doradzić. Gdyby ktoś spółdzielnie kontrolował, być może wiele z nich przetrwałoby do dziś. Innego zdania jest Janusz Paszkowski. Na dowód tego, że spółdzielczość w Polsce się rozwija, podaje przykłady kooperatyw tworzonych przez najmłodszych Polaków. – W Polsce mamy 4,5 tys. spółdzielni uczniowskich w szkołach. Uczniowie prowadzą sklepiki, zajmują się drobną produkcją, a wypracowane zyski przekazują na potrzeby biedniejszych kolegów z klasy – mówi wiceprezes Europejskiej Federacji Spółdzielni Pracy. Dzisiaj cały sektor wypracowuje przychody warte 53 mld zł rocznie, czyli ok. 2 proc. PKB. Jeszcze w latach 80. wszystkie spółdzielnie działające w kraju miały 12-procentowy udział w gospodarce narodowej.

Czekając na powiew Zachodu

I chociaż dla wielu słowo spółdzielnia kojarzy się głównie z minioną epoką, to taka forma prowadzenia biznesu jest domeną naszych bogatych sąsiadów z Zachodu. 300 największych spółdzielni na świecie generuje 1,6 bln dolarów przychodów. Najwięcej, bo 28 proc. z tej kwoty, przypada na Francję. 16 proc. na USA, 14 proc. na Niemcy. 8 proc. na Japonię i 7 proc. na Holandię. Spółdzielnią jest znana w Polsce grupa finansowa Crédit Agricole, sieć marketów E.Leclerc albo niemiecka grupa Rewe ze sklepami Billa, Penny i Selgros. Największa spółdzielnia na świecie to hiszpański Mondragon. Zajmuje się praktycznie wszystkim: od sprzedaży lodówek i form do wytopu aluminium, po prowadzenie własnych stacji benzynowych i banków. Zatrudnia ponad 74 tys. ludzi i przynosi rocznie 25 mld euro przychodów, co daje jej tytuł 10. największej firmy w Hiszpanii. – W Europie spółdzielczość jest bardziej demokratyczna. Spółdzielnie mają doskonały dostęp do kredytów.

Samorządy pobierają od nich niższe czynsze za użytkowanie budynków. Upadające przedsiębiorstwo można tam z łatwością przekształcić w spółdzielnię pracowniczą. Pracownicy zachowują w ten sposób miejsca pracy i nie muszą się składać na wykup majątku bankruta – opowiada Paszkowski. U nas będzie podobnie dopiero wtedy, kiedy ktoś zda sobie sprawę z tego, że spółdzielczość jest ważna dla gospodarki. Spółdzielcza umowa o pracę jest najbardziej stabilną i bezpieczną formą zatrudnienia. Spółdzielnie to przedsiębiorstwa o 100-procentowym polskim kapitale. Są bardziej niż prywatne firmy odporne na gospodarcze kryzysy. Przy finansowych sukcesach wielu z nich kojarzenie spółdzielni z blokami z wielkiej płyty i cwaniakowatym dozorcą w stylu Stanisława Anioła z Barejowskich „Alternatyw 4” nijak ma się do dzisiejszych czasów. ■

©℗ Wszelkie PRAWA ZASTRZEżone

Okładka tygodnika WPROST: 15/2016
Więcej możesz przeczytać w 15/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0