PiS na wiatraki

PiS na wiatraki

Dodano:   /  Zmieniono: 6
Zapowiada się kolejna odsłona batalii o wiatraki w Polsce. 29 marca w Sejmie ruszą konsultacje społeczne w sprawie ustawy o lokalizacji farm wiatrowych.

Energetyka wiatrowa ma z rządem PiS pod wiatr. Jak nie nowelizacja opóźniająca o pół roku wprowadzenie nowego systemu dopłat, to poselski projekt ustawy odległościowej, który drastycznie ogranicza miejsca, gdzie można stawiać wiatraki. A teraz okazuje się, że Ministerstwo Energii pracuje nad kolejną nowelizacją ustawy o odnawialnych źródłach energii (OZE), która też może wstrząsnąć rynkiem farm wiatrowych. Branża daje co roku 620 mln zł podatków, średnio milion złotych dla każdej z ok. 400 gmin posiadających elektrownie wiatrowe. – Do tego jeszcze ponad 8 tys. miejsc pracy w 2014 r. i realna możliwość uzyskania nawet 42 tys. w roku 2030. Jeśli rozwój branży zostanie zablokowany, to te pieniądze znikną – ostrzega Wojciech Cetnarski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej. I narzeka, że jest grupa posłów PiS, która chce ukręcić łeb polskim wiatrakom.
– Ich pomysły to de facto koniec sektora i bankructwo wielu z już wybudowanych farm, które nie będą w stanie udźwignąć dodatkowych obciążeń podatkowych i kosz­tów – dodaje. Prezesowi Cetnarskiemu chodzi o wniesiony do Sejmu w lutym poselski projekt tzw. ustawy odległościowej. Zakłada on zwiększenie odległości między wiatrakami a najbliższymi zabudowaniami. Ma ona teraz stanowić dziesięciokrotność turbiny w jej najwyższym punkcie, czyli w praktyce nawet dwa-trzy kilometry. Wiatraki mają być też stawiane w oparciu o plan zagospodarowania przestrzennego. Projekt nakłada także obowiązek przeprowadzania co dwa lata badania technicznego turbiny. – Nie chcemy utrącać żadnych inwestycji. Mamy sygnały, że stawiane w dowolny sposób wiatraki szkodzą ludziom, wydają infradźwięki, powodują migotanie światła. Trzeba to uregulować – mówi sprawozdawca projektu poseł Bogdan Rzońca. Projektu broni też minister infrastruktury i budownictwa Andrzej Adamczyk. – Sprzyjam tym rozwiązaniom.

Elektrownie wiatrowe lokalizowane są dowolnie. Funkcjonują bez dozoru i nadzoru w przestrzeni. Oddziałują na bliższe i dalsze sąsiedztwo. Niech pan pojedzie do Bawarii i zobaczy, czy tam też tak dowolnie stawiają wiatraki – tłumaczy w rozmowie z „Wprost”. A to jeszcze nie koniec, bo swój pomysł na branżę ma Ministerstwo Energii. – Rozgraniczymy działalność prosumencką, skierowaną na własne potrzeby i działalność gospodarczą nastawioną na zarabianie poprzez dostarczanie energii do sieci. Ci pierwsi dostaną rabaty za odprowadzoną energię, dla tych drugich myślimy o formach aukcji, ale to jeszcze nie jest zdecydowane – mówi „Wprost” Andrzej Piotrowski, wiceminister energii odpowiedzialny za OZE.

Hałasują i migoczą

To nie jest tak, że PiS nagle stał się przeciwnikiem farm wiatrowych. Jeszcze w poprzedniej kadencji Sejmu partia wezwała rząd do „wprowadzenia moratorium na budowę elektrowni wiatrowych z wyłączeniem budowy mikroinstalacji oraz małych instalacji”. PiS pisał, że firmy wiatrowe prowadzą inwestycje bardzo agresywnie, „degradując nie tylko krajobraz, ale przede wszystkim działając na szkodę mieszkańców”. Powoływał się przy tym na raport NIK, który wykazał, że wiatraki powstają na terenach należących do osób pracujących w gminach (30 proc.), sytuowane są bez konsultacji z mieszkańcami i na podstawie nieprecyzyjnych przepisów oraz nie są kontrolowane.
PiS wtórowały organizacje takie jak portal „Stop wiatrakom”. Według nich elektrownie wiatrowe generują hałas, którego ludzkie ucho nie słyszy, a który powoduje różnego rodzaju schorzenia. Zaczynają się one od najprostszych rzeczy: stresu, rozdrażnienia, braku możliwości snu. W dodatku wpływają na migrację ptaków. Proponują oni, by odległość od turbiny była liczona nawet 15-krotnie w zależności od jej wielkości. Ale jest też druga strona medalu. Przejścia na OZE wymaga od nas UE. Zgodnie z wymogami unijnymi do 2020 r. 15 proc. wytwarzanej w Polsce energii ma pochodzić z odnawialnych źródeł. Inaczej będą kary. Według najnowszych danych GUS końcowe zużycie energii z OZE w Polsce wyniosło w 2014 r. 11,45 proc. Zdaniem Grzegorza Wiśniewskiego, prezesa Instytutu Energii Odnawialnej, przy obecnym trendzie można z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że w 2020 r. Polska osiągnie nie 15 proc., ale 12,9 proc. udziału energii z OZE. By uniknąć kar, zieloną energię można zawsze dokupić z zagranicy. Ale żeby uzupełnić brakujące 2 proc., taki transfer mógłby nas kosztować nawet 7,5 mld zł. I te pieniądze poszłyby zapewne do niemieckich wytwórców OZE.

Do więzienia za wiatraki

Branża mogła spać spokojnie, bo PO przygotowała ustawę wprowadzającą nowy system dopłat do instalacji wiatrowych. Miał obowiązywać system aukcyjny. To państwo miało ogłosić aukcję na zapotrzebowanie na zieloną energię. Miała być podzielona na koszyki w zależności od tego, z jakich odnawialnych źródeł będzie pochodził prąd. Aukcję wygrywałby ten, kto zaproponował najniższą cenę za 1 MWh. W zamian dostałby od państwa gwarancję wypłaty stałego wsparcia, które rokrocznie powiększałoby się o wskaźnik inflacji. Jednak gdy PiS doszedł do władzy przegłosował nowelizację opóźniającą wejście w życie systemu aukcyjnego o pół roku. Tym samym wszystkie inwestycje stanęły. – Cała branża stoi w oczekiwaniu na ogłoszenie pierwszej aukcji. Tak naprawdę nikt nie wie, kiedy to nastąpi, bo rząd ma teraz na głowie strajkujących górników i upadające kopalnie. Problem OZE zszedł na dalszy plan – tłumaczy Zbigniew Prokopowicz, prezes Polenergii. PiS nie zapomniał jednak o OZE, bo w lutym posłowie zgłosili wspomniany już projekt ustawy odległościowej. Ustawa oprócz określenia odległości, w jakich mają być stawiane wiatraki, wprowadza zasadę, że mogą one powstawać wyłącznie na podstawie lokalnych planów zagospodarowania przestrzennego. Tyle że w wielu gminach takich planów nie ma. – Byłoby wspaniale, gdyby cała Polska była pokryta planami, ale nie jest. Gminy nie mające planów nie będą ich lokalizować, zaś te mające plany będą mogły wprowadzać zakaz stawiania wiatraków albo po prostu w ogóle o nich nie wspomną.

Nie mam nic przeciwko zasadom lokalizowania elektrowni wiatrowych, ale nie można opierać ich na absurdach typu „krowy mleka nie dają przez wiatraki” – ironizuje dr Maciej Sokołowski, ekspert ds. energetyki z UW. – Bardziej odpowiednim kryterium jest prawidłowo przeprowadzona ocena oddziaływania na środowisko – dodaje. I wskazuje inne kontrowersyjne przepisy z projektu ustawy. – UE apeluje, by nie stawiać dodatkowych obciążeń prawnych dla instalacji odnawialnych, a my je tworzymy. Wiatrak musi mieć decyzję Urzędu Dozoru Technicznego. Brak tego dokumentu oznacza sankcje karne. Zgodnie z ustawą można iść za to do więzienia – tłumaczy. Zastanawia się też, czemu akurat zdecydowano się na dziesięciokrotność odległości w zależności od wielkości wiatraka. – Czemu nie 15-krotność? – mówi. – Musieliśmy coś wpisać do ustawy – tłumaczy Bogdan Rzońca. Według niego wynika to też z badań. – Są analizy, że to bezpieczna odległość w przypadku, gdy bryła lodu oderwie się od śmigła. To jeszcze sprawa do rozważenia – tłumaczy.

Wiatrak to model niemiecki

Choć propozycja odległościowa nie obejmie istniejących już farm, one też będą zagrożone. Projekt zakłada bowiem zmiany w sposobie wyliczania podatku od nieruchomości, które mogą doprowadzić do czterokrotnego wzrostu opłat. – Budowlą byłby cały wiatrak – a nie tylko jego podstawa – i podatek należałoby płacić od wartości całego wiatraka. To uderzenie w już istniejące farmy, bo to konieczność zapłaty kilkakrotnie wyższego podatku. To może zaważyć na rentowności prowadzenia biznesu – twierdzi Cetnarski. – Podatki będą wyższe, ale te pieniądze trafią przecież do gmin – przyznaje Rzońca. Pomysłowi „uporządkowania” sprawy wiatraków sprzyja też Piotr Naimski, obecnie pełnomocnik rządu RP ds. strategicznej infrastruktury energetycznej. W wywiadzie dla portalu Biznes Alert zasugerował, że Polska nie będzie budowała niemieckiego modelu energetyki opartej na likwidacji energetyki węglowej i na rozwoju przemysłowych OZE. „W tej chwili jest tak, że nasze elektrownie węglowe pracują tak niewielką liczbę godzin w roku, że schodzą poniżej poziomu rentowności. Pierwszeństwo ma energia z wiatru. Pozostawienie takiego stanu rzeczy byłoby zgodą na likwidację elektrowni węglowych. Nie będziemy nakręcali spirali dotacji dla odnawialnych źródeł” – tłumaczył. Podobnie uważa wiceminister Piotrowski. – W tym trybie pracy, gdy elektrownie węglowe są włączane i wyłączane, powodują ogromne zanieczyszczenia. A wiatraki nie dają pewności, że będziemy mieć prąd w sieci, bo przecież może przestać wiać – mówi.

Rewolucja szykuje się też w kwestii pieniędzy. Przygotowywana w Ministerstwie Energii nowelizacja ma wyeliminować dopłaty i rozgraniczyć działalność mikroinstalacji od większych farm wiatrowych nastawionych na zysk z przesyłania energii do sieci. Dla małych i niepowiązanych ze sobą instalacji wprowadzone zostaną rabaty i upusty. Za każdą wprowadzoną do sieci kWh dostaną oni 0,7 kWh w postaci rabatu w ciągu roku. – Nie chcemy, by inni klienci płacili za OZE w wyższych taryfach. Chcemy, by to było świadome prosumenctwo – mówi Piotrowski. Duże farmy wiatrowe mają być traktowane jak przedsiębiorstwa i będą podpisywały kontrakty z firmami energetycznymi, do których zobowiążą się dostarczać prąd. Większy nacisk będzie kładziony na biogazownie i tworzenie lokalnych klastrów energetycznych. Prace nad ustawą trwają. Jak to się skończy? – W stosunku do ustawy odległościowej może się skończyć tak, że KE rozpocznie postępowanie co do nieprawidłowości tych przepisów. Prawo polskie będzie wbrew prawu UE – tłumaczy Maciej Sokołowski. Co rząd coraz bardziej stawia w roli samotnego Don Kichota.

Więcej możesz przeczytać w 11/2016 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 6

Czytaj także