Szantaż mięsem (aktl.)

Szantaż mięsem (aktl.)

Dodano:   /  Zmieniono: 
Weterynarze od poniedziałku chcą zaprzestać badania mięsa ponieważ nie doszli do porozumienia z resortem rolnictwa w sprawie zasad wynagradzania.
"Za to, że nie będziemy badać mięsa, bierze odpowiedzialność minister rolnictwa i główny lekarz weterynarii. Rozmowy zostały zerwane" - powiedział Krzysztof Matras z Ogólnopolskiego Porozumienia Stowarzyszeń Lekarzy Weterynarii Wolnej Praktyki w imieniu protestujących weterynarzy.

W poniedziałek od rana lekarze weterynarii protestowali przed gmachem Ministerstwa Rolnictwa w Warszawie, domagając się zmiany zasad ich wynagradzania.

Resort rolnictwa zdecydował bowiem, że zarówno w dużych, jak i w  małych rzeźniach weterynarze wyznaczeni przez powiatowego lekarza weterynarii będą opłacani za godzinę pracy, a nie od zbadanej sztuki.

Podpisane w piątek rozporządzenie dotyczące zmiany zasad wynagradzania weterynarzy przewiduje, że wynagrodzenie lekarza weterynarii za godzinę pracy wynosi 41 zł brutto, zaś osoby pomocniczej 20 zł brutto.

Główny Lekarz Weterynarii, Piotr Kołodziej powiedział dziennikarzom po rozmowach z protestującymi, że stawka godzinowa pozwala weterynarzom na zarabianie 7 tys. zł miesięcznie. Jak powiedział, obecnie zarobki weterynarzy są bardzo zróżnicowane -  od kilkuset złotych do kilkudziesięciu tysięcy złotych.

Dlatego, jak poinformował, Inspekcja Weterynaryjna opowiada się za tym, żeby płacić lekarzom za badanie mięsa według stawki godzinowej. "Pozwali to na likwidację kominów płacowych i umożliwi pracę młodym weterynarzom" - wyjaśnił.

Rozporządzenie przewiduje także, że umowa na badanie mięsa i  zwierząt ma być zawierana z osobą fizyczną (lekarzem weterynarii), a nie jak dotychczas ze spółką (skupiającą kilku, czy kilkunastu lekarzy weterynarii).

W opinii Pilarczyka, zasady te nie odpowiadają niektórym lekarzom weterynarii, którzy wykonywali prace zlecane przez lekarzy powiatowych w ramach spółek cywilnych.

Jego zdaniem, taki system sprawiał, że zlecenie otrzymywała spółka zatrudniająca czasem kilkanaście osób. Szeregowi lekarze otrzymywali wynagrodzenie na poziomie 2 tys. zł, zaś właściciele spółki uzyskiwali wynagrodzenia nawet do 30 tys. zł miesięcznie.

"Jest to system korupcyjny. Poprzez wprowadzenie stawek godzinowych chcemy z tym skończyć" - powiedział Pilarczyk.

Wiceminister podkreślił, że nie ma obaw, by rzeźnie zaprzestały pracy bądź w jakikolwiek sposób zostało naruszone bezpieczeństwo żywności. "Paraliż rynku mięsnego nam nie grozi" - zapewnił.

Dodał, że mimo protestu weterynarzy badania mięsa i zwierząt odbywają się bez przeszkód. Jedynie niewielkie zakłócenia były w  30 na 310 powiatów, w których znajdują się powiatowe inspektoraty weterynarii.

"Z informacji otrzymanych od wojewódzkich lekarzy weterynarii wynika, że nie ma praktycznie problemów z ubojem i badaniem zwierząt" - powiedział Kołodziej.

Pilarczyk podkreślił, że resort nie zamierza wycofać się z  godzinowego systemu wynagrodzeń weterynarzy, ale jest gotów do  dalszych rozmów.

Dodał, że w zdecydowanej większości zakładów przetwarzających mięso umowy są podpisane z tymi lekarzami, którzy dotychczas wykonywali tę pracę. Są też nowi chętni do pracy absolwenci weterynarii. Protestujący weterynarze są lekarzami prywatnej praktyki, a badanie zwierząt i mięsa w zakładach przetwórczych jest dodatkową pracą zleconą, wyjaśniał wiceminister.

***

Pierwszy przypadek BSE wykryto w ubiegłym tygodniu na Podkarpaciu - poinformowały służby weterynaryjne. Chorobę wykryto podczas rutynowych badań kontrolnych po uboju jednej z krów pochodzącej z indywidualnego gospodarstwa w miejscowości Boratyn (powiat jarosławski).

"Chorobę wykazał najpierw szybki test przeprowadzony w Zakładzie Higieny Weterynaryjnej w Krakowie, a następnie potwierdziły ją badania w Państwowym Instytucie Weterynaryjnym w Puławach" -  powiedział wojewódzki inspektor weterynarii ds. zwalczania chorób zakaźnych zwierząt Mirosław Welz.

"Wszystko odbyło się zgodnie z procedurą i ognisko choroby zostało zlikwidowane, a zagrożenie wyeliminowane" - zapewnił.

Podkreślił, że akcja od wykrycia do zlikwidowania zagrożenia trwała niespełna 24 godziny.

Zarażona krowa miała 12 lat. Oprócz niej w gospodarstwie pozostały jeszcze dwie niespełna roczne sztuki bydła, które uśpiono, a zwłoki zutylizowano. Przeprowadzone testy nie wykazały u nich obecności BSE. Utylizacji poddano także trzy inne tusze wołowe. Pochodziły od zwierząt, które zostały ubite razem z chorą krową.

Welz podkreślił, że obecny system monitoringu i zwalczania BSE zabezpiecza konsumentów przed zjedzeniem zarażonej wołowiny.

Rolnik, w którego gospodarstwie znajdowała się chora krowa, otrzyma od Skarbu Państwa odszkodowanie za skonfiskowane bydło i  tusze. Odszkodowanie zostanie wyliczone według wartości rynkowej bydła.

sg, pap