Kiedyś sklepy z używaną odzieżą były na każdej ulicy. Dziś znikają jeden po drugim

Kiedyś sklepy z używaną odzieżą były na każdej ulicy. Dziś znikają jeden po drugim

Second-hand
Second-hand / Źródło: Newspix.pl
Statystyczny Polak kupuje używane ubrania. Jeden, bo musi, inni chce i nie widzi w tym żadnego problemu. Coraz rzadziej jednak taki zakup jest dokonywany w sklepie stacjonarnym.

Niektórzy na torturach nie przyznaliby się, że kupują w second-handach, podczas gdy inni robili z takich zakupów swój znak rozpoznawczy i chętnie chwalą się perełkami znalezionymi wśród ubrań z Anglii czy Niemiec oraz pokazują nietuzinkowe stylizacje. Poza tym, że w sklepach z używanymi ubraniami można znaleźć naprawdę ciekawe propozycje (w tym również markowe ubrania w naprawdę dobrym stanie) w przystępnych cenach, to jedną z przyczyn ich niesłabnącej popularności jest także aspekt ekologiczny. Rośnie świadomość tego, jak bardzo obciążająca dla środowiska jest produkcja odzieży. Dając jej drugie życie, czyli umożliwiając innym osobom chodzenie w tym, czym sami już nie jesteśmy zainteresowani, pomagamy chronić środowisko. Proste i działające na wyobraźnię.

Używane ubrania kupujemy z niesłabnącą częstotliwością, ale wcale niekoniecznie w stacjonarnych sklepach. W efekcie coraz trudniej o nie. „Rzeczpospolita”, powołując się na dane wywiadowni Dun & Bradstreet, wskazuje, że na koniec lipca 2021 r. w Polsce działało wciąż 14,4 tys. sklepów sprzedających produkty z drugiej ręki. W 2009 r. było w Polsce 23,5 tys. second-handów, a od tego czasu zniknęło ponad 38 proc. takich sklepów.

Gazeta zwraca uwagę, że w najgorszych latach zamykano nawet po 1–2 tys. sklepów rocznie, w ostatnich latach tempo spadło do kilkuset.

Gdzie kupujemy używane ubrania?

50 proc. osób, które kupiły ubrania w ciągu trzech miesięcy przed badaniem, dołożyło do swojej szafy coś używanego.

– W całej próbie zakupu używanej odzieży w stacjonarnych sklepach dokonało 37 proc., zaś przez aplikację bądź stronę internetową 22 proc. ankietowanych – mówi cytowana przez "Rz" Magdalena Filip, starszy analityk w PMR.

Miejsce sklepów stacjonarnych zajęły różne platformy internetowe i grupy facebookowe, na których ludzie wstawiają zdjęcia tego, co nie jest im już potrzebne i mają nadzieję, że zainteresują one sąsiadów.

Używane ubrania można więc wystawić w serwisie tylko Gumtree lub OLX, ale także na bardzo popularnym w naszym kraju Vinted. To litewski serwis, który, jak przekonują jego twórcy, powstał jako odpowiedź na problem, z którym musieli się zmierzyć. „W 2008 roku Milda chciała zmienić mieszkanie, ale zbyt wiele ubrań utrudniało przeprowadzkę. Justas zaoferował pomoc i zbudował stronę, dzięki której mogła rozdać swoje ubrania znajomym. Niedługo później pomysłem zainteresowały się media. Duet przyjaciół trafił w dziesiątkę – tak powstał Vinted” – tak brzmi skrócona historia firmy, którą wyczytać możemy na stronie internetowej.

UOKiK ma uwagi do regulaminów Vinted

W ostatnich dniach o polskiej odnodze Vinted pisano w kontekście nieprawidłowości, które stwierdził UOKiK. Trafiły do niego skargidotyczące m.in. blokowania pieniędzy ze sprzedaży, jeśli konsument nie przekazał takich danych jak zdjęcie dowodu osobistego czy wyciąg z konta bankowego w celu weryfikacji tożsamości.

Zgodnie z regulaminem pieniądze ze sprzedaży zgromadzone w e-portfelu sprzedającego może on w każdej chwili bez żadnych opłat przelać na swoje osobiste konto bankowe. Regulamin nie przewiduje sytuacji, w której środki mogą zostać zablokowane; nie ma tam także słowa o kwestii weryfikacji tożsamości.

Zagadnienia te poruszone są dopiero w Polityce prywatności, która nie wchodzi w treść umowy. Znajduje się tam zastrzeżenie, że dostawca usług płatniczych – holenderska spółka Adyen w przypadku „gdy kwota wpłaty lub wypłaty zbliżać się będzie do określonego progu” może poprosić o dostarczenie kopii paszportu, dowodu tożsamości lub prawa jazdy, a w „dodatkowym etapie kontroli” również o zdjęcie/zrzut ekranu wyciągu z banku z listą transakcji z jednego miesiąca.

Klient nie wie, że opłata za ochronę nie jest obowiązkowa

Drugi zarzut Prezesa UOKiK wobec Vinted także dotyczy braku jasnej i czytelnej informacji dla konsumentów robiących zakupy w serwisie. Chodzi o możliwość i sposób przeprowadzenia transakcji bez ponoszenia opłatyza Ochronę Kupującego.

Ochrona to usługa polegająca na zwrocie pieniędzy, jeśli nabyty przedmiot nie zostanie wysłany lub dotrze uszkodzony, a także na zapewnieniu bezpiecznej płatności bez udostępnienia danych osobowych sprzedającemu. Opłata za taką ochronę wynosi 2,90 zł plus 5 proc. ceny kupowanego przedmiotu. W serwisiedomyślnie ustawiona jest opcja zakupu z Ochroną Kupującego. Kto naciśnie przycisk„Kup teraz”, automatycznie będzie miał doliczoną tę opłatę i nie będzie mógł z niej zrezygnować. Jest jednak sposób, by jej uniknąć: trzeba wcześniej wybrać przycisk „Zapytaj o przedmiot” i ustalić szczegóły zapłaty oraz wysyłki indywidualnie ze sprzedającym.

Czytaj też:
Zmartwychwstanie lumpeksów

Opracowała:
Źródło: Wprost / Rzeczpospolita
 0

Czytaj także