Recenzja Dead Space Remake. Gra legenda powraca po 15 latach

Recenzja Dead Space Remake. Gra legenda powraca po 15 latach

Dead Space Remake
Dead Space Remake Źródło: WPROST.pl / Krzysztof Sobiepan
Dead Space to legendarna marka, która zawitała na rynku w 2008 roku. Teraz EA i studio Motive powracają na statek USG Ishimura w nowym wydaniu nieśmiertelnego klasyka. Czy w pięknie wyglądający tytuł równie dobrze się gra? Czy można „za wiernie” odwzorować oryginał? Przeczytajcie.

Dead Space to gra legenda. Gdy tytuł po raz pierwszy ukazał się na rynku w 2008 roku z miejsca zyskał rzeszę fanów i ogromną popularność. W kolejnych latach zaowocowało to całą serią pod tym samym tytułem, o książkach czy komiksach nie wspominając.

Teraz, równo 15 lat od debiutu przełomowego tytułu, Electronic Arts próbuje na nowo uchwycić magię, która towarzyszyła tytułowi zamkniętego od lat Visceral Games. Czy kanadyjskie studio Motive, znane głównie ze średniego Star Wars Battlefront II, podołało zadaniu i stworzyło dobry remake?

Fabuła i postaci –mechanik taki jak ja

Większości graczy zarysu fabularnego nie trzeba nawet przedstawiać, ale remake to też doskonała okazja, by zaznajomić się z serią na nowo. Zacznijmy więc od początku.

W tytule wcielamy się w Izaaka Clarke'a – niezbyt wyróżniającego się inżyniera, odpowiedzialnego za naprawy statków. W dalekiej przyszłości ludzkość dobrze opanowała podróże międzygwiezdne i w 2508 roku bez problemu wysyła ekspedycje w najdalsze odmęty wszechświata. Między innymi – by wydobywać cenne zasoby.

Dead Space Remake

Izaak, który przypomina raczej mechanika niż zaawansowanego inżyniera, zostaje wysłany z małym zespołem ze standardową misją naprawczą na ogromny statek wydobywczy USG Ishimura. To doskonała okazja, by odwiedzić jego dziewczynę Nicole, pracującą na statku jako lekarka i naukowiec. Już po paru chwilach na górniczym molochu okazuje się jednak, że coś poszło tragicznie nie tak. Między innymi – zmarłe ciała zmieniają się w obrzydliwe nekromorfy.

Moją uwagę od razu przykuła dość duża zmiana charakteru Izaaka. W oryginale był on milczącym protagonistą i bardzo tajemniczym człowiekiem. Wydawał z siebie okrzyki, ale nie wypowiadał żadnych kwestii. Nigdy nie pozbywał się też swojego hełmu – z wyjątkiem ostatniej sceny, gdy zmęczony walką pozbywa się ochraniacza i w końcu poznajemy jego wygląd. Był to moment, który pamiętam do dziś.

W nowej produkcji Izaak jest dużo bardziej uczłowieczony. Już w pierwszej scenie zaczyna bez hełmu, prowadzi długie konwersacje i jest wyraźniej zarysowaną postacią. Przeklina, emocjonuje się, wykrzykuje swoje kwestie. Miałem sporą dozę nostalgii do milczącego „starego” Izaaka, który głos i charakter zyskiwał dopiero w kolejnych częściach (gra go znany z dwójki i trójki Gunner Wright). Nowy jest tylko „losowym kolesiem” i niezbyt się wyróżnia, a nie ma też wokół siebie ciekawej aury tajemnicy.

Przez praktycznie całą grę podążamy śladami naszej partnerki Nicole. Jest ona głównym motorem popychającym Izaaka do przodu i jej postać przeplata się z Izaakiem przez całą grę i później w serii. W remake'u jest nieco starsza, przez co dużo mniej wpada w stereotyp „rozemocjonowanej damulki w opałach”. Stara Nicole zachowuje się jak dziewczynka – nowa zdecydowanie jest kobietą. Zaliczam to na plus, bo interakcje z nią są po prostu ciekawsze.

Inne postaci wspierające nigdy nie należały do mocnych i nawet w remake'u są dość słabo zarysowane. Gdy w kluczowych dla fabuły momentach ktoś mówi o czymś dla niego ważnym, emocjonuje się, nawet umiera...czasem musiałem się zastanowić, kim tak właściwie jest ta osoba, jak ma na imię i co było jej główną motywacją. Bohaterowie poboczni zdecydowanie są poboczni.

Dead Space Remake

Na mocny pozytyw oceniam zaś zbudowanie postaci jednego z głównych antagonistów. Doktor Challus Mercer jest dość prostym archetypem szalonego naukowca, który swoimi okrutnymi metodami odkrył coś, czego inni nie widzą. To klasyk gatunku, ale interakcje jego diabolicznej persony z Izaakiem są bardzo dobrze poprowadzone.

Eksploracja i akcja gry – jak w oryginale, czyli dobrze?

Przez większość gry fabuła nie jest zbytnio skomplikowana. Zwiedzamy kolejne pokłady statku, na każdym jest parę rzeczy do naprawienia, sprawdzenia, czy przejęcia. Spokojnie wykonujemy kolejne zadania i wpadamy w pewien rytm eksploracji. Nowy pokład – parę zadań do wykonania, podsumowanie i przechodzimy dalej.

Mapa jest zrobiona dość dobrze, z oznaczeniami miejsc, w których byliśmy i które są jeszcze nieodwiedzone. Brakuje mi tylko jednego, czym rozpieścił graczy m.in. remake Resident Evil 2. Tam mapa pokazywała miejsca, które są nowe, na inny kolor malowane były te już odwiedzone i jeszcze osobno te, które są „wyczyszczone” – czyli zrobiliśmy w nich i znaleźliśmy wszystko, co możliwe. Byłaby to naprawdę fajna wisienka na torcie, zwłaszcza że w grze parę razy wracamy do odwiedzonych już lokacji i możemy otwierać zamknięte wcześniej pokoje.

Dead Space Remake

Ostrożnie poruszając się wokół spoilerów, mam jednak nieco problemów z końcówką akcji gry. Ostatnie trzy rozdziały są dość wierne wydarzeniom z końca Dead Space'a z 2008 roku. Niestety, po piętnastu latach to, co kiedyś było standardem, jest na obecne czasy mocno średnie.

Mamy więc na przykład przewidywalne zwroty akcji, które i tak są nam tłumaczone jak dziecku. Jeden z najciekawszych twistów jest zaś zaprzepaszczony tym, że tuż po nim jedna z postaci przez parę minut wyjaśnia nam, co dokładnie zrobiła, kiedy to zrobiła oraz czemu to zrobiła. A Izaak gapi się w monitor jak owca i przyjmuje wiadro za wiadrem niepotrzebnej ekspozycji.

Tu zaznaczę też jedną rzecz, która przewijać się będzie przez całą recenzję i wiele innych aspektów gry. Studio Motive chciało bardzo wiernie odwzorować oryginalnego Dead Space'a. Czasem jednak takie „przykucie się łańcuchem” działa na niekorzyść produktu ocenianego tu i teraz, w 2023 roku. Z drugiej strony – jeśli twórcy zbyt dużo by zmienili, mieliby na karku rzeszę niezadowolonych fanów. Nie ma więc wyboru, który zadowoli wszystkich.

Atmosfera, klimat rozgrywki i audio – jest się czego bać

Grając w pierwszego Dead Space'a jeszcze jako nastolatek największe wrażenie zrobiła na mnie atmosfera gry, co zostało mi w pamięci na długie lata. Ten klimat odosobnienia i świadomość, że samemu jak palec trzeba stawić czoła nadludzkiemu zadaniu wywoływał u mnie ciarki. Ale te pojawiały się też z powodu tego, jak straszna była gra.

Dead Space nigdy nie był w mojej opinii czystym horrorem, bardziej grą akcji, która czasem nas przestraszy i skręca w stronę grozy między potyczkami. Z satysfakcją potwierdzam, że remake'owi nadal udawało się regularnie podnieść moje ciśnienie.

Najczęściej gra serwuje nam tak zwane jump scare'y – wyskakujący na nas przeciwnik czy niespodziewany głośny dźwięk maszynerii statku, często podkreślone szarpnięciem po strunach skrzypiec. Niektórzy bardzo nie lubią tego typu „tańszego” horroru. To strach niemal fizyczny i działający krótko – jak akcja i reakcja. Jest zupełnie odmienny od bardziej wyrafinowanej grozy, która sprawia, że boimy się tego, co może czaić się w ciemności i mamy koszmary nawet długo po wyłączeniu gry.

Dead Space Remake

Po paru godzinach wrzaski i piski robią się dość przewidywalne. „Oho, to ciało się ruszy. Mhm, coś jest za spokojnie”. Grozy jest zdecydowanie mniej, choć od czasu do czasu też jej zaznamy. Gra akcji potrafi czasem zwolnić – wtedy w głowie gracza pojawiają się najgorsze myśli i szybko buduje się gęsta atmosfera.

W mojej opinii, właśnie wtedy Dead Space lśni najmocniej. Pamiętam na przykład dość wisielczy wybór z jednego z wczesnych rozdziałów. By otworzyć zablokowane drzwi musimy wyłączyć inny system statku. Dostarczanie tlenu albo… oświetlenie. Czego boisz się bardziej? – wydają się w tym momencie pytać designerzy.

W dalszych rozdziałach gry pojawiają się zaś pewne momenty odrealnienia. Groza buduje się już nie tylko ze względu na całkiem realne bestie, które chcą nas zabić. Nawet bardziej straszni zaczynają być ludzie, bo gra skręca nieco w motywy kultu, religii i postępu bez względu na koszty.

Audio – uczta dla uszu

Jednym z najlepszych narzędzi budowania klimatu jest warstwa dźwiękowa gry, która znów jest wręcz mistrzowsko wykonana. Już Dead Space 2008 bardzo mocno budował klimat za pomocą designu audio, a w remake'u jest może i jeszcze lepiej. Gra operuje głównie industrialnymi dźwiękami, a muzyka schodzi na dalszy plan, co nie znaczy, że jest nieobecna.

Ciężkie buciory Izaaka, to jak oddycha przez hełm skafandra, to jak dźwięki znikają nam w próżni. Wszystkie te zabiegi sprawiają, że bardzo zżywamy się z bohaterem i jest on tym bardziej realny. A dalej mamy przecież wnętrza, które brzmią dokładnie tak, jakbyśmy spodziewali się po statku kosmicznym.

Ciężkie maszyny i sprzęt, klekoczące silniki, buchające ogniem rury, uderzające o poszycie asteroidy i wisienka na torcie – liczne dźwięki systemu wentylacyjnego, w którym zdecydowanie wije się coś strasznego i zaraz wyskoczy. Wszystko ma swoje miejsce w tej fabrycznej kakofonii strachu, podlewanej jeszcze piskami i odgłosami jakie wydają nasi wrogowie.

Soundtrack nie wyróżnia się specjalnie z tłumu, ale gdy trzeba – działa znakomicie. Trąbki i smyczki mocno pomagają w budowaniu atmosfery czy zwiastują nadchodzących wrogów. Czasem muzyka podkreśla też fakt, że coś jeszcze czai się w mroku, ale nie wiemy gdzie. Kiedy indziej instrumenty są elementem straszaka, który dobrze komponuje audio i wideo.

Podsumowując – produkcja jest bardzo dobra w straszeniu, a granie w nocy i słuchawkach może nam zapewnić niemałe emocje.