Koniec pogoni Polski za Zachodem. „Możemy to zaprzepaścić”

Koniec pogoni Polski za Zachodem. „Możemy to zaprzepaścić”

Warszawa
Warszawa Źródło: Shutterstock
Polska transformacja była chaotyczna, niepełna i pełna zaniechań. A mimo to – a może właśnie dlatego – okazała się jedną z najbardziej udanych w regionie. Nie stworzyliśmy oligarchii, nie uzależniliśmy się od jednego sektora, nie zamknęliśmy rozwoju w jednej metropolii. Dziś, po 35 latach nieprzerwanego wzrostu, stoimy w punkcie, w którym pogoń za Zachodem przestaje być paradygmatem. Pytanie brzmi nie „czy dogonimy”, lecz „czy potrafimy nie zaprzepaścić tego, co już osiągnęliśmy” – mówi dr hab. Piotr Koryś, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, ekonomista i historyk gospodarki.

Marta Roels: W „Pożegnaniu z pańszczyzną” pisze pan o „dwustu latach pogoni za Zachodem”. Czy w 2025 r. jesteśmy już krajem zachodnim?

Prof. Piotr Koryś: Jeśli spojrzeć na poziom dochodów, to w wielu obszarach odpowiedź brzmi: tak. Zarabiamy już w takich miastach jak Warszawa, Wrocław, Poznań czy Kraków więcej niż np. mieszkańcy południa Włoch. W tym sensie konwergencja w wymiarze materialnym w dużej mierze się dokonała – choć wciąż oczywiście na poziomie dochodów, a nie zakumulowanego majątku.

Jednocześnie są obszary, w których wciąż pozostajemy wyraźnie w tyle. Nie mamy porównywalnych z Zachodem ekosystemów innowacji, zaplecza akademickiego ani instytucjonalnych warunków sprzyjających powstawaniu globalnych firm technologicznych. Wystarczy spojrzeć, gdzie w Europie rodzą się jednorożce, czyli startupy o wartości przekraczającej miliard dolarów – w Skandynawii, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii – a gdzie niemal wcale, jak w Europie Środkowo-Wschodniej. Nawet jeśli dobre pomysły pojawiają się w Polsce, to bardzo często na poziomie instytucjonalnym przenoszą się np. do Londynu, bo tam łatwiej o kapitał i stabilne reguły gry. To pokazuje, że choć w wielu wymiarach dogoniliśmy Zachód, to wciąż istnieją powody, by mówić o pogoni, zwłaszcza jeśli rozumiemy ją nie jako naśladowanie konsumpcji, lecz jako budowę trwałych fundamentów rozwojowych.

Jak ocenia pan ostatnie 35 lat?

Bilans jest nadzwyczajny. To bez wątpienia ogromny sukces cywilizacyjny, choć warto pamiętać, że nie jesteśmy w tym wyjątkowi na tle całego regionu. Europa Środkowo-Wschodnia znalazła się w szczególnie sprzyjającym momencie historycznym – zakończenie zimnej wojny, zainteresowanie USA stabilizacją regionu, zapotrzebowanie Zachodniej Europy na pracę i zasoby, a także własna zmiana kulturowa i demograficzna. Przez pewien czas korzystaliśmy z premii demograficznej, która jednak dziś się kończy. Częściowo ją przejedliśmy, a częściowo wyeksportowaliśmy w postaci masowej emigracji. Pogoń za Zachodem przyniosła spektakularne rezultaty, ale jej dalszy sens zależy od tego, czy potrafimy zbudować własne, trwałe silniki rozwoju.

Strategia naszej transformacji była strategią imitacji i to była strategia racjonalna. Każdy proces rozwoju na tym polega. Kraje doganiające mogą dokonywać „żabich skoków”, przeskakiwać niektóre z etapów, które liderzy musieli przechodzić po kolei. My mogliśmy od razu wejść w nowszą technologię, np. nowoczesną bankowość czy bardziej zaawansowaną telefonię komórkową, budować nowe drogi i korzystać z rozwiązań, które gdzie indziej musiały się najpierw zadomowić. Paradoksalnie to często spowalnia liderów, bo jeśli ktoś zainwestował ogromne środki w starą technologię jak np. faksy, to nie miał bodźców do szybkiego przechodzenia na nową.

Czy to tłumaczy, dlaczego w wielu obszarach Polska wydaje się dziś nowocześniejsza niż wiele krajów Europy Zachodniej?

Artykuł został opublikowany w 2/2026 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.