Coraz mniej kredytów we frankach. Nie były zaciągane w celach inwestycyjnych

Coraz mniej kredytów we frankach. Nie były zaciągane w celach inwestycyjnych

Sędziowie mają odpowiedzieć, czy umowy frankowe można uzupełniać kursem średnim NBP
Sędziowie mają odpowiedzieć, czy umowy frankowe można uzupełniać kursem średnim NBP / Źródło: Shutterstock
Na koniec czerwca liczba czynnych umów hipotek frankowych wynosiła 415,1 tys. Rocznie zamykanych jest ponad 20 tys. rachunków frankowych.

Szczyt sprzedaży kredytów frankowych przypadł na lata 2005–2008, gdy udzielono ich za 116 mld zł (to wartość uwzględniająca moment udzielenia kredytu) – wynika z danych BIK, które przytacza „Rzeczpospolita”.

O tym, że w tamtym czasie nieruchomości kupowaliśmy głównie za walutę szwajcarską niech świadczy fakt, że kredytów złotowych udzielono wtedy tylko 77 mld zł. W kolejnych latach popularność franka wyraźnie malała: w latach 2010 i 2011 sprzedano już tylko po ponad 3 mld zł frankowych hipotek, a od 2012 r. nie są już powszechnie udzielane. Obowiązuje bowiem zasada, że kredyt można wziąć w walucie, w której się zarabia.

Historyczne kredyty frankowe

Teraz hipoteki frankowe w naszym sektorze bankowym warte są blisko 94 mld zł, o 10 proc. mniej niż rok temu. Dość szybko okazało się, że wielu kredytobiorców nie jest zadowolonych z wieloletniego związku z frankiem. Wielu nie było świadomych, że kurs franka może pójść drastycznie w górę, wszak doradcy kredytowi zapewniali, że to stabilna waluta i o dużych wahaniach nie ma mowy. Inni klienci znali ryzyko, ale nie chcieli go do siebie dopuszczać. W czasie boomu na szwajcarską walutę płacono zaledwie 2 zł, o tyle teraz jest to 4,27 zł (4,12 zł na koniec czerwca). Średni kurs, przy którym udzielano w Polsce tych kredytów, szacowany jest na około 2,55 zł).

Z danych BIK wynika jeszcze jedna ciekawa rzecz, a mianowicie, aż 95 proc. frankowiczów ma tylko jeden kredyt mieszkaniowy w szwajcarskiej walucie. To dowodzi, że w większości przypadków celem było finansowanie zakupu nieruchomości na własne cele mieszkaniowe, a nie na inwestycyjne.

Krótka historia sporów o franki

Już dobrą dekadę temu pierwsi niezadowoleni kredytobiorcy żądali od banków zmiany umów, przewalutowania kredytów albo takiej modyfikacji, która sprawi, że nie poniosą kosztów wzrostu kursu franka. Choć różni politycy obiecywali rozwiązać w drodze ustawy problemy kredytobiorców, nigdy do tego nie doszło, więc tysiące spraw trafiło do sądów w całej Polsce. Wyrok to była ruletka, bo nawet w podobnych stanach faktycznych potrafiły zapadać zupełnie różne wyroki. Sąd Najwyższy postanowił ujednolicić orzecznictwo i odpowiedzieć na sześć wątpliwości. Na uchwałę czekamy jednak od marca, bo wtedy miało się odbyć posiedzenie.

Najpierw uniemożliwiła je pandemia, później zaistniały inne przeszkody. Kiedy wydawało się, że dosłownie na dzień czy dwa Izba Cywilna nareszcie wyda uchwałę, prezes Sądu Najwyższego poinformowała, że jeszcze trochę cierpliwości, bo sędziowie postanowili w ostatniej chwili, że skonsultują się z kilkoma instytucjami, m.in. Rzecznikiem Praw Dziecka.

Czytaj też:
Nie ma opłaty za korzystanie z kapitału. Przełomowy wyrok dla frankowiczów

Sądy już nie czekają na Sąd Najwyższy

O ile sądy jeszcze kilkanaście miesięcy temu miały duże oczekiwania wobec uchwały SN, to w związku z odkładaniem rozstrzygnięcia, mówiąc kolokwialnie, po prostu robiły swoje i wydawały coraz bardziej spójne orzeczenia. W ujednoliceniu orzecznictwa ogromną rolę odegrał XVIII Wydział Cywilny SO w Warszawie, który pod koniec 2020 roku wyspecjalizował się w sprawach frankowych. Wydział składa się z 12 sędziów. Do specjalnego wydziału wpływają wszystkie pozwy skierowane przeciwko bankom po 1 kwietnia 2021 r. Sprawy, które wcześniej były w toku w innych sądach, w dalszym ciągu są rozpatrywane tam, gdzie trafiły. Jeśli zostały wcześniej przydzielone sędziom, których skierowano do nowego wydziału, przejdą razem z nimi.

Czytaj też:
Problematyczne składy. Kto podpisze się pod uchwałą frankową

Opracowała:
Źródło: Rzeczpospolita / Wprost
 0

Czytaj także