Minął niemal rok, od kiedy Donald Trump miał zakończyć tę wojnę w ciągu 24 godzin. Na tym etapie pewne rzeczy powinny już być dla wszystkich jasne. Po pierwsze, Władimir Putin nie jest zainteresowany kończeniem tej wojny na warunkach innych niż kapitulacja Ukrainy. Ukraina natomiast, po tylu latach bohaterskiego oporu, woli walczyć niż godzić się na pokój, który będzie zaproszeniem do kolejnej agresji za kilka lat.
W związku z tym jedyną możliwością zakończenia tej wojny jest klęska Rosji. Każdy inny wariant oznaczać będzie kruchy pokój, który Putin złamie jak każdy inny wcześniej, albo klęskę Ukrainy, która oznaczać będzie kolejną wojnę, tym razem bezpośrednio dla nas.
Ukraińcy nie mają dość sił, by pokonać Rosję, wejść do Moskwy i urządzić defiladę na Placu Czerwonym, choć historia uczy, że nawet to nie gwarantuje ostatecznego sukcesu. Skoro więc Ukraina nie może pokonać Rosji w tak oczywisty sposób, musi ją zamęczyć na polu boju, gdzieś na Doniecczyźnie. Rosja przegra, gdy skończą się jej zasoby do dalszego prowadzenia wojny napastniczej. Byłoby wspaniale, gdyby za tym poszedł demontaż obecnego systemu, szerokie bunty społeczne i trzaskające gilotyny, ale na sprawczość Rosjan bym nie liczył. Najlepsze, na co możemy mieć nadzieję, to przejęcie władzy przez kogoś z wnętrza putinowskiej kliki, kto będzie mniej zainteresowany prowadzeniem wojen, a bardziej dalszym okradaniem Rosjan.
Skoro tak, to pytanie brzmi: czy do prowadzenia wojny prędzej skończą się Putinowi Rosjanie czy pieniądze? Przyjęty budżet na 2026 rok pozwala na bardzo ostrożny optymizm.
Produkcja pikuje
Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App Store i Google Play.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
