Tanie masło uderza w mleczarnie, ale nie jest to największy problem branży. Rozmawiamy z dyrektor Polskiej Izby Mleka

Tanie masło uderza w mleczarnie, ale nie jest to największy problem branży. Rozmawiamy z dyrektor Polskiej Izby Mleka

Masło
Masło Źródło: Shutterstock / New Africa
Dumpingowe ceny masła czy mleka, które oferują dwie sieci handlowe, to duży, ale też nie największy problem producentów. Z powodu trwających od jesieni (z przerwami) protestów przewoźników przez granicę polsko-ukraińską przejeżdża coraz mniej samochodów z polskimi produktami. Doszło do absurdalnej sytuacji, w której taniej jest wypuścić tira z Holandii niż z Podlasia. Różnica wynika z tego, że ten pierwszy nie stoi przez dwa tygodnie z kolejce na granicy.

Zadzwoniłam do Agnieszki Maliszewskiej, dyrektor Polskiej Izby Mleka, by zapytać, czy obniżanie cen masła poniżej kosztów produkcji przez Lidl i Biedronkę jest odbierane przez jego producentów jako duże zagrożenie. Z punktu widzenia klientów promocje są korzystne: masło można kupić nawet za 3 zł, co kilka dni ogłaszane są też promocje na mleko (w jednym z dyskontów przez kilkanaście dni utrzymywała się cena 1,59 zł za litrowe mleko 2 proc. w butelce) czy sery. To konkretne oszczędności, które po miesiącach drożyzny oznaczają chwilę oddechu na zakupach.

Wojna cenowa dyskontów. Nagrodą jest miejsce w rankingu

Dlaczego dwa najpopularniejsze sieci dyskontów prześcigają się w obniżkach? To element rywalizacji o miejsce w rankingu cen przygotowywanym przez ASM Sales Force Agency. Zwycięzca bierze wszystko, więc może reklamować się, że jest najtańszy (i ma na to kwity!). Natychmiast przekłada się to na liczbę klientów, więc pomimo tego że sklepy rezygnują z marży, by zapewnić niskie ceny, to na dłuższą metę i tak wygrywają.

Co innego ich dostawcy. Producenci współpracujący z sieciami uzyskują wyraźny sygnał, że powinni ograniczyć ceny, bo nikt nie kupi ich masła, twarogu czy sera w cenie dwukrotnie wyższej niż promocyjna. I jest w tym wiele prawdy, bo klienci bombardowani mailami, smsami i reklamami tanich produktów nie chcą kupować w cenach regularnych. Nawet jeśli zabrakło jajek w promocji, nie wezmą innych, droższych, ale przyjdą następnego dnia zaraz po otwarciu sklepu z nadzieją, że jednak trafią na partię objętą promocją.

– Lidl i Biedronka oferują masło w cenach o połowę niższą od kosztów wyprodukowania. Nikt tego nie wytrzyma! Ta bezsensowna polityka dwóch sieci handlowych może spowodować, że z rynku zniknie część producentów. Proszę zwrócić uwagę, że jeśli przeceniona jest marka własna, to na opakowaniu eksponowana jest tylko marka masła. Małymi literami na odwrocie jest napisane, kto je wyprodukował na zlecenie sieci handlowej, mało kto zwraca na to uwagę. Dyskonty mogą zakończyć współpracę z jedną mleczarnią i pójść do kolejnej, która przyjmie ich warunki finansowe. I to wcale nie musi być polski producent. To walka na wyniszczenie polskiego sektora mleczarskiego – mówi Agnieszka Maliszewska.

Zastrzega jednak, że ocierające się o dumping ceny przetworów mlecznych wcale nie są aktualnie jedyną bolączką podmiotów działających na tym rynku. Producenci obawiają się, że w efekcie protestu polskich przewoźników na granicy Ukraina zamknie swój rynek dla produktów z Polski. To byłoby uderzenie, po którym trudno się podnieść, bo za wschodnią granicę trafiają tysiące ton polskich produktów.

Branża mleczarska. Ukraina to czwarty odbiorca polskich serów

Ukraina jest czwartym odbiorcą polskich serów – po Niemczech, Czechach i Włoszech. Do Ukrainy trafiają głównie sery podpuszczkowe. W 2023 r. sprzedaż tego rodzaju sera do Ukrainy odpowiadała za 12 proc. eksportu serów podpuszczkowych ogółem. Polska Izba Mleka podaje, że wartość eksportowanych serów na Ukrainę wynosi 396 mln PLN.

W 2023 r. Ukraina była w dziesiątce najważniejszych odbiorców napojów z mleka ukwaszanego (blisko 54 mln zł) oraz serwatek (ok. 32 mln zł). Kijów to także ważny odbiorca jogurtów.

- Na wjazd do Ukrainy samochody ciężarowe z Polski czekają średnio dwa tygodnie. Z tego powodu nie ma już praktycznie przewoźników, którzy są zainteresowani wożeniem polskiej żywności. Nie chcą się tego podejmować też ukraińskie firmy przewozowe, bo też stoją w tych kolejkach i obawiają się, że np. ktoś zniszczy im auto. Nie można przewidzieć, czy polski nabiał dojedzie na czas do ukraińskich sklepów. W rezultacie jesteśmy coraz mniej konkurencyjni cenowo, wypadamy z gazetek promocyjnych – wyjaśnia Maliszewska.

Taniej jest dowieźć ser spod Amsterdamu niż z Mazowsza

W tej sytuacji łatwiej dowieźć do Kijowa ser spod Amsterdamu niż z Mazowsza. Dyrektor PIM wylicza, że aktualnie dostarczenie tira (20 ton sera w chłodni) z Polski wschodniej do Kijowa to koszt 8 tys. euro. We wrześniu 2023 roku było to 1700 euro.

– Ta gigantyczna różnica wynika z tego, że polskie firmy nie chcą wozić towarów na Ukrainę. Jednocześnie kurs takiego samego tira z Holandii, który jedzie przez Węgry, kosztuje 4 tys. euro. To pokazuje, jak wielka jest obecnie przepaść miedzy nami a eksporterami z krajów zachodnich. Te 4 tys. euro trzeba wrzucić w koszty produktu – wyjaśnia Maliszewska.

Pod koniec lutego polskie i ukraińskie organizacje zrzeszające firmy z branży mleczarskiej wystosowały apel do rządów w Warszawie i Kijowie.

„Polski i ukraiński sektor mleczarski od września 2023 r. wielokrotnie sygnalizował, że mleko i jego produkty nie mogą stać się ofiarą braku dialogu i porozumienia w zakresie importu zboża.

Ukraina jest dziś jednym z czołowych pozaunijnych odbiorców polskich produktów mlecznych, a saldo dodatnie dla polskich eksporterów w wymianie handlowej z Ukrainą wynosi ponad 97 mln euro. Polskie produkty są rozpoznawalne i cenione na ukraińskim rynku. Jesteśmy zainteresowani kontynuacją tej współpracy, by zapewnić ukraińskim konsumentom polskie produkty mleczarskie, a rolnikom stabilne ceny płacone za mleko. Chcemy dzielić się wiedzą, inwestować po obu stronach granicy, budować mosty dla dobrego biznesu i rolników” – czytamy w apelu.

Apel mleczarzy do rolników: „Patrzcie też na ogromną rzeszę rolników producentów mleka”

Polskie sery i inne produkty nabiałowe mają bardzo dobrą reputację na Ukrainie, ale gdy ludzie potrzebują włożyć coś do lodówki, nie ma miejsca na sentymenty. Skoro do sklepów nie trafiają produkty z Polski, to szybko zostaną zastąpione przez marki z innych krajów. Polscy producenci będą musieli szukać nowych odbiorców, zmniejszyć produkcję albo zgodzić się na warunki sieci handlowych, byle tylko dalej mieć zbyt. Ryzykują też, że zostaną z niesprzedanym towarem w magazynach: masła i innych produktów, które przeznaczone były do sprzedaży na Ukrainie, nie można „od ręki” wprowadzić na rynek polski czy gdziekolwiek na europejski, bo choć są pełnowartościowe, to pakowane są zgodnie z wymogami zamawiającej sieci handlowej.

– Szanowni rolnicy, pamiętajcie o tym, że nie tylko producenci zboża są w tym kraju. Szanujemy, rozumiemy, ale patrzcie też na ogromną rzeszę rolników producentów mleka. Podlasie, Warmia i Mazury, Lubelszczyzna – mlekiem stoi. Nie zapomnijcie o nich, nie zgubcie ich po drodze, bo problem polskiego rolnictwa będzie ogromny i myślę, że strona rządowa nie chciałaby, aby za chwilę rzeka mleka popłynęła po Warszawie – mówiła do protestujących rolników Agnieszka Maliszewska na spotkaniu z dziennikarzami 29 lutego.

Czytaj też:
Wielki protest rolników w Warszawie. Ciągniki mogą nie wjechać do miasta, ale zablokują dojazdy
Czytaj też:
PiS ma plan na pomoc rolnikom. Morawiecki: Wyręczyli rząd

Źródło: Wprost