Elektryczna zabawka

Elektryczna zabawka

Dodano:   /  Zmieniono: 
Jeździliście kiedyś designerską kawalerką? Nie?
To sprawcie sobie BMW i3. Ten elektryczny samochodzik jest stworzony dla singli, którzy uwielbiają ekologiczne jedzenie, mają dużo pieniędzy, a czas wolą spędzać na ładowaniu akumulatorów niż na piwie z kumplami. Nie chodzi o to, że mam coś do ludzi, którzy nie lubią mięsa. To w końcu ich sprawa. Każdy ma prawo do swojego sposobu umartwiania organizmu. W sumie dla nich jazda i3 będzie przyjemną odskocznią od sałaty i marchewki. Mając pełne przekonanie, że zachowują się ekologicznie, będą mogli jednocześnie dawać wycisk posiadaczom wielkich limuzyn, które, co prawda, pod maską mają wielkie motory i całe stada koni, ale nigdy nie będą w stanie rozpędzać się tak szybko, jak robi to silnik elektryczny. Niby niewielki, ale daje gwarancję, że kierowca zostanie królem miejskich ulic.

Oczywiście to, że elektryczny samochód jest ekologiczny, to złudzenie. W całej tej zabawie chodzi raczej o to, gdzie będzie zatruwane środowisko – w bogatych miastach, gdzie jeżdżą samochody, czy w biedniejszych miasteczkach, w których górnicy wydobywają węgiel, a potem jest on spalany, by wyprodukować prąd. Ale przecież nie chodzi o to, by było logicznie, ale przyjemnie. W i3 jest przyjemnie, jak się jedzie.

Mimo że samochód przypomina raczej małe mieszkanie, w którym rzadko się śpi, a już na pewno nie gotuje. Model nie ma w sobie nic z agresywnego projektowania, wygląda raczej na miejsce chwilowego wypoczynku. Może dlatego, że BMW i3 służy do poruszania się po mieście, ale pod warunkiem że po drodze znajdzie się jakiś punkt zasilania. Co prawda, załadowany do pełna akumulator ma dawać gwarancje pokonania dystansu 100 km, ale byłoby to możliwe chyba tylko wtedy, gdyby prowadziła go zakonnica traktująca przepisy drogowe równie poważnie jak boże przykazania.

Jeśli ktoś nawet rzadko słucha podszeptów diabła i lubi mocniej przycisnąć pedał gazu, na jednym ładowaniu przejedzie maksymalnie 80 km. To niewiele. Na szczęście niemiecki koncern oferuje na razie darmowe doładowanie. Trwa ono 20 minut i pozwala spokojnie ruszyć w dalszą drogę. Dojechanie do punktu, podłączenie kabla, czekanie, aż akumulator będzie naładowany, i powrót na wcześniejszy kurs zajmie z pewnością godzinę. W tym czasie można oczywiście poczytać książkę, porozmawiać przez telefon, ale nie da się ukryć, że nie jest to czas zaoszczędzony. Powiecie, że ekstrawagancja musi kosztować. Będziecie mieli rację. Tak – ok. 150 tys. zł.
Więcej możesz przeczytać w 47/2015 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0

Czytaj także