KGHM kusi obcych drapieżców

KGHM kusi obcych drapieżców

Spadające ceny miedzi oraz horrendalnie wysoki podatek od kopalin mocno uderzyły w KGHM i kurs jego akcji. Największa polska firma, snująca plany międzynarodowej ekspansji, sama może zostać przejęta.

Herbert Wirth, prezes KGHM, w rozmowie z „Wprost” nie wyklucza, że koncern może stać się obiektem wrogiego przejęcia. – Jesteśmy mocno niedoszacowani. Wycena KGHM na giełdzie jest o 30-40 proc. niższa niż porównywalnych spółek zagranicznych – mówi. Zainteresowani mogą być tacy giganci branżowi jak trzykrotnie większy od KGHM Freeport McMoRan, Glencore/Xstrata czy Rio Tinto, ale i fundusze hedgingowe szukające rynkowych okazji. – Myśli pan, że jak ktoś ogłosi wezwanie na akcje spółki po cenie o połowę wyższej od bieżącego kursu, to nie znajdzie chętnych do ich oddania? – pyta retorycznie jeden z analityków branży z dużego banku inwestycyjnego. Zdaniem Herberta Wirtha nie wyszłoby to na dobre KGHM i polskiej gospodarce. – Liczę na to, że od takiego scenariusza uchronią nas rozwiązania, nad którymi pracuje minister skarbu państwa – mówi.

PRACE NAD ZATRUTĄ PIGUŁKĄ

Minister chce ustawowego prawa do weta w przypadku pojawienia się niepożądanego inwestora i wprowadzenia wymogu, by wcześniej ogłaszał swój zamiar. Problem w tym, że prace w resorcie trwają już od dawna i efektów nie widać. Tymczasem, jak wynika z naszych informacji, KGHM jest jedyną z kluczowych spółek Skarbu Państwa, która w statucie nie ma zapisów, które uniemożliwiłyby bądź tylko utrudniły wrogie przejęcie. Do takich rozwiązań należy tzw. zatruta pigułka, popularna wśród zachodnich koncernów, skutkująca w takim przypadku uruchomieniem wieloletnich kosztownych zobowiązań, np. wobec pracowników, które pogarszałyby sytuację przedsiębiorstwa. I zniechęcały drapieżcę.

PiS rozważa jeszcze dalej idące rozwiązanie: każda sprzedaż przedsiębiorstwa uznanego za strategiczne wymagałaby zgody parlamentu. Zdaniem Dawida Jackiewicza, europosła PiS, Skarb Państwa powinien też skupić akcje, by wzmocnić swoją pozycję właścicielską w KGHM. Obecnie ma 31,7 proc. udziałów. Najbardziej spektakularną próbą wrogiego przejęcia w ostatnich latach było ogłoszenie w 2012 r. wezwania na 66 proc. akcji producenta nawozów Azoty Tarnów przez rosyjski Acron. Spółka kontrolowana przez oligarchę Wiaczesława Kantora proponowała o jedną czwartą wyższą cenę, niż wynosił ówczesny kurs giełdowy. Broniący spółki przed przejęciem Skarb Państwa odparł atak m.in. dzięki wsparciu instytucji finansowych mających duże pakiety akcji. Jednak w KGHM kapitał jest mocno rozproszony.

Sytuacja miedziowego giganta wciąż się pogarsza za sprawą dołujących notowań miedzi, której jest ósmym producentem na świecie. Jest już o połowę tańsza niż przed czterema laty, gdy za tonę płacono 10 tys. dolarów. Spadek ten w ostatnich miesiącach nawet przyspieszył i nie jest go już w stanie rekompensować korzystny dla koncernu mocny dolar. Analitycy raczej nie mają złudzeń. Tomasz Duda z Erste Securities Polska przewiduje dalszy spadek cen do 4-4,5 tys. dolarów za tonę w ciągu 1-2 lat i w efekcie spadek rocznego zysku KGHM z 2,4 mld zł w ubiegłym roku do 1-1,5 mld zł. To mniej więcej tyle, ile firma płaci samego podatku od niektórych kopalin. Co gorsza, nie jest to chwilowy kaprys koniunktury. – Czeka nas długi okres niskich cen w związku ze spowolnieniem w Chinach i zmianą struktury chińskiego wzrostu gospodarczego. Dotąd bodźcem rozwoju był tam popyt inwestycyjny, który windował ceny miedzi, a teraz głównym silnikiem będzie popyt konsumpcyjny niegenerujący już takiego wzrostu popytu na surowce – tłumaczy Tomasz Duda. To dlatego wycenia akcję KGHM tylko na 69 zł, choć obecnie kosztuje na giełdzie ok. 90 zł, a na początku 2013 r. było to 200 zł.

– Uczciwie przyznaję, nie spodziewaliśmy się w tym roku aż tak dużego spadku cen miedzi, poniżej 6 tys. dolarów za tonę – przyznaje Herbert Wirth. Nie widzi podstaw do zbytniego optymizmu w perspektywie 2,5 roku. – Możemy zobaczyć nawet i 4 tys. dolarów za tonę, choć myślę, że jeśli już tak się stanie, co jest mało prawdopodobne, to raczej chwilowo – przekonuje. Oznaczałoby to, że kopalnie w Polsce znalazłyby się głęboko pod kreską (średni koszt wydobycia wynosi u nas 4,8 tys. dolarów).

JAK ZABIĆ KURĘ ZNOSZĄCĄ ZŁOTE JAJKA

Wprowadzony w 2012 r. podatek od niektórych kopalin powinien się nazywać „podatkiem od KGHM”, bo płaci go tylko koncern z Lubina. W pierwszej połowie tego roku zasilił Skarb Państwa kwotą 885 mln zł. – Za ten podatek jego autor minister finansów Jacek Rostowski powinien się wstydzić do końca życia. To był brutalny skok na kasę. Wróciliśmy do zamierzchłych czasów żup solnych, kiedy ich dzierżawca wyciskał z kopalni, ile się tylko dało – ocenia Wiesław Kaczmarek, minister skarbu za rządów SLD. Że jest to kamień u szyi, pokazują szacunki Erste Securities. Gdyby podatek został zlikwidowany, podniosłoby to natychmiast wycenę akcji KGHM o 77 zł, czyli… ponad dwukrotnie. Do tej pory KGHM był kurą znoszącą złote jajka. Od kwietnia 2012 r. i do końca 2014 r. spółka zapłaciła z tytułu podatku od kopalin prawie 5 mld zł. Z tytułu innych zobowiązań w latach 2008-2014 było to 23,7 mld zł, najwięcej ze wszystkich polskich firm. Jednak kura właśnie chudnie w oczach.

Kampania wyborcza przyniosła KGHM nadzieję. Głosy 30 tys. polskich pracowników koncernu plus ich rodzin (nie licząc powiązanych z koncernem firm) to poważna siła na Dolnym Śląsku. W efekcie PiS złożyło do Sejmu projekt ustawy zwalniającej KGHM z tego kontrowersyjnego podatku, chcąc ratować „dziesiątki tysięcy miejsc pracy”. Na odpowiedź premier Ewy Kopacz nie trzeba było długo czekać. Uznała, że struktura podatku powinna zostać przeanalizowana i jedną z możliwości byłoby zrównanie tego podatku z niższą daniną od wydobycia węglowodorów. Głos zabrał też minister finansów Mateusz Szczurek, mówiąc o możliwej modyfikacji, związanej z zachętą do poszukiwań miedzi i inwestowania.

Politycy leją krokodyle łzy nad losem KGHM, choć zawsze traktowali koncern głównie jako źródło pieniędzy i posad. PiS chce odpuścić podatek, ale równocześnie rozważa obdarowanie KGHM bankrutującymi kopalniami węgla. Z kolei rząd PO-PSL systematycznie wymusza na koncernie niepotrzebne wydatki związane np. z pomocą w prywatyzacji różnych aktywów. KGHM kupił m.in. Centrozłom czy kilka polskich uzdrowisk. Zajmuje się więc teraz inhalowaniem emerytów solanką czy produkcją wody mineralnej. Nie da się ukryć, że rząd wpłynął też na udział KGHM w projekcie budowy elektrowni atomowej, choć ma to niewiele wspólnego z wydobyciem miedzi poza tym, że wymaga energii elektrycznej. Za to z udziału w poszukiwaniach gazu z łupków Wirth się wykręcił. Jako geolog wiedział, że to nic pewnego.


NIEPOKÓJ NA ŚLĄSKU

– Mam wrażenie, że świetna koniunktura wszystkich uśpiła. Podobnie jak z kopalniami węgla, nie wykorzystano najlepszego czasu do zmian w firmie i jej otoczeniu. Tam politycy nie zdali egzaminu, może jeszcze zdadzą go przy miedzi, ale zostało już mało czasu – dodaje Kaczmarek. Jego zdaniem zarząd i związkowcy muszą być przygotowani na to, że po latach tłustych nadchodzą chude. Nie będzie można podnosić płac. Czy firma dalej będzie wypłacać nagrodę z zysku, gdy pojawią się straty? Czy są jakieś uzgodnienia? Plan B związany z płacami i przywilejami? – Mam wątpliwości – mówi były minister skarbu. Wspomina swoje spięcie ze związkowcami z KGHM w latach 90., gdy wprowadzano nagrodę z zysku. Rząd chciał w ten sposób powiązać wynagrodzenia z wynikami. Nie za bardzo się to udało, bo początkowo nagrodą była i tak określona stała kwota. Kaczmarek pytał wówczas: – A jeśli będzie strata? – To nic. I tak nagroda ma być – usłyszał. Kaczmarek chętnie opowiada o KGHM. Sam pochodzi z Lubina. Kiedy udało mu się ugasić wielki strajk będący odpowiedzią na plan komercjalizacji i prywatyzacji przedsiębiorstwa, usłyszał od jednego z szefów 27 tamtejszych organizacji związkowych. – Z pana ojcem pracowałem na ścianie i wiem, że pan nas nie oszuka.

Pracownicy KGHM zarabiają nieźle – średnio 9 tys. zł brutto. Oprócz nagrody z zysku przysługują im też m.in. trzynastki, czternastki, barbórki, deputat węglowy czy kredkowe, czyli coroczna wyprawka szkolna dla dzieci pracowników w wysokości ok. 2 tys. zł. Co jednak w przypadku dalszego pogarszania się sytuacji firmy? Czy jesteście gotowi na ustępstwa socjalne? – pytam Józefa Czyczerskiego, szefa miedziowej Solidarności i członka rady nadzorczej KGHM. – Oddajemy państwu z tytułu podatku od niektórych kopalin 6 mln zł dziennie! I my mielibyśmy z czegoś jeszcze ustąpić? – denerwuje się.

Przyznaje, że sytuacja na rynku miedzi bardzo niepokoi pracowników. Tym bardziej że, jak przekonuje, firma jest bezbronna, bo kilka lat temu zarząd pozbył się aktywów telekomunikacyjnych, które były zabezpieczeniem na czarną godzinę. – Zamiast tego utopiono pieniądze w ekspansji zagranicznej. Taką samą propagandę o firmie globalnej słyszeliśmy, kiedy KGHM inwestował w Kongo, a skończyło się ucieczką i porzuconymi maszynami – mówi Czyczerski. Spadkiem cen miedzi i zysków KGHM martwią się też okoliczne samorządy. Polkowice to od lat trzecia pod względem bogactwa gmina w Polsce. Na jej terenie znajduje się jedna z trzech kopalń KGHM w Polsce. Gmina dysponuje budżetem w wysokości 200 mln zł, z tego aż 70 proc. to różne opłaty od KGHM (eksploatacyjna, podatek od nieruchomości oraz udziały w PIT i CIT). Nic dziwnego, że informacje o spadającym kursie miedzi i zysków koncernu zasiały niepokój wśród 26,5 tys. mieszkańców. Obecnie korzystają z najlepszej w Polsce opieki medycznej, a miasto jest w czołówce rankingów najlepszych miejsc do życia z licznymi basenami, salami kinowymi czy bankomatami. Rzecznik prezydenta Polkowic Konrad Kaptur uspokaja: – Najważniejsze inwestycje, np. drogowe, już zakończyliśmy, a gmina oddłużyła się, przewidując, że koniunktura na miedzi może się pogorszyć. W gorszej sytuacji jest sąsiedni, potężnie zadłużony Lubin. Podatek i spadające ceny miedzi doprowadziły do tego, że zlokalizowana w pobliżu kopalnia KGHM przynosi już straty. Jak tak dalej pójdzie, miasto będzie musiało zrezygnować z darmowej komunikacji publicznej.

NIE MA KASY NA PRZEJĘCIA

Tomasz Duda z Erste Securities nie spodziewa się cięć załogi KGHM. W trudnej sytuacji firmy zwykle ograniczają w pierwszej kolejności dywidendy i inwestycje. Widać to wyraźnie po polskich kopalniach węgla. Tak zresztą KGHM przetrwał trudne czasy po debiucie na giełdzie w 1997 r. Wówczas przez pięć lat ceny miedzi były niskie i spadły nawet poniżej 2 tys. dolarów za tonę. – Aż taki spadek cen jest teraz trudny do wyobrażenia, bo na świecie trzeba by zamknąć połowę kopalń – uspokaja Tomasz Duda. Jego zdaniem KGHM ma o tyle lepiej niż światowi rywale, że jego złożom towarzyszą takie metale jak srebro (w Polsce) czy molibden (w Chile). – Mamy plan awaryjny, gdyby realizował się czarny scenariusz. Nie chciałbym jednak nawet w trudnych czasach ograniczać wydatków na badania i rozwój. To fundament rozwoju firmy i jej przyszłość. Interesuje mnie, jak KGHM będzie wyglądał za 5-10 lat – zaznacza Herbert Wirth. Koncern musi przede wszystkim dokończyć już rozpoczęte projekty, jak modernizacja huty miedzi w Głogowie kosztem 2 mld zł czy budowa szybów i drążenie chodników w złożu „Głogów Głęboki Przemysłowy”. W swojej strategii KGHM założył, że nie może się zadłużyć więcej niż na dwa razy EBITDA, czyli ok. 8 mld zł. Ma więc jeszcze 3-4 mld zł rezerwy płynnościowej. – To pozwoli na dokończenie najważniejszych inwestycji, ale nie na kolejne przejęcia. Co prawda dołki cenowe to najlepsza do nich okazja, ale dziś nie mamy na to środków – mówi Herbert Wirth.

Surowcowa bessa przyszła w niefortunnym momencie. Firma zainwestowała krocie w ekspansję zagraniczną, ale nie zdążyła jeszcze przetrawić zdobyczy. – Dopiero uczymy się zarządzania wielokulturowym koncernem przyznaje – Herbert Wirth. W 2011 r. kupił za 9,5 mld zł kanadyjską spółkę Quadra, właściciela licznych koncesji wydobywczych, w tym w Sierra Gorda w Chile. Przed miesiącem KGHM rozpoczął tam komercyjną produkcję. To zlokalizowana na pustyni wielka kopalnia odkrywkowa, której nadano imię Ignacego Domeyki, powstańca listopadowego, wybitnego geologa, pioniera tutejszego górnictwa. Koszty inwestycji okazały się o 1,3 mld dolarów wyższe niż planowane 2,9 mld dolarów. Jak przekonuje Herbert Wirth, poprzednicy rozpoczęli inwestycję podczas szczytu cen i popytu. Postawili na szybkie działania, aby jeszcze zdążyć skorzystać z tej dobrej koniunktury. A szybko nie znaczy taniej. Były też inne przyczyny. To region zagrożony trzęsieniami ziemi. W trakcie budowy kopalni rząd chilijski zaostrzył wymogi dotyczące dodatkowych zabezpieczeń budowli, które powinny teraz wytrzymywać wstrząsy o sile nie sześć, a dziewięć stopni w skali Richtera. Dwukrotnie wzrosły też zarobki lokalnych pracowników. To zresztą istna wieża Babel. Pracują tu Chilijczycy, Polacy, Kanadyjczycy, Amerykanie i... Japończycy – partnerem KGHM jest tutaj inny producent miedzi Sumitomo.

Inwestycje za granicą mają pomóc KGHM w razie dalszego spadku cen miedzi. W Sierra Gorda wydobycie tony miedzi jest dwa razy tańsze niż w Polsce, a w przypadku kanadyjskiej kopalni Victoria, gdzie rozpoczęły się już prace budowlane, koszty te ma całkowicie zrekompensować zysk z wydobycia metali, które towarzyszą miedzi, takich jak nikiel, złoto, pallad i platyna. – Stajemy się firmą coraz bardziej globalną. Zajmujemy ósme miejsce w produkcji miedzi na świecie, ale za to pierwsze w srebrze i będziemy na pewno czołowym producentem molibdenu. Chcemy za pięć lat produkować milion ton miedzi, co dałoby nam piąte miejsce w rankingu obecnych producentów – zapowiada Herbert Wirth. Ekspansja zagraniczna była możliwa dzięki stabilności zarządzania. Wirth szefuje w KGHM już sześć lat, co jest nie lada wyczynem wśród podatnych na kadrowe roszady spółek Skarbu Państwa. W KGHM średni czas „życia” prezesa nie przekraczał dotąd kilkunastu miesięcy. Wcześniej w szkole uczył niemieckiego, geografii i… religii, pracował jako geolog (takie ma wykształcenie), szukając także złóż miedzi dla KGHM. Geologia i minerały to jego konik. Żartuje, że gdyby nie żona, w domu zrobiłby stosowne muzeum. Jego pasją są także nowe technologie.

KOPALNIE BEZ LUDZI

Wirth dobrze wie, że przyszłość obecnych kopalń w Polsce jest trudna. Trzeba już w nich kopać na głębokości poniżej 1000 m w bardzo wysokiej temperaturze. Marzy się więc stworzenie inteligentnej kopalni, która wykorzystuje „nie siłę mięśni, tylko intelekt człowieka”. Od trzech lat KGHM pracuje nad maszyną, która zastąpi ludzi na największych głębokościach i tam, gdzie istnieje zagrożenie gazowe i panuje wysoka temperatura. W przyszłym roku ma być gotowa. Jest tak wydajna, że na razie przenośniki nie nadążają z odbieraniem rudy. Maszyna będzie się uczyć, jak działać w określonych warunkach, dostosowując tempo pracy i narzędzia do temperatury, twardości skał i ich zawartości. – Pytanie, czy to nie wytworzy luddystycznych zapędów i obaw wśród pracowników, że oto nowoczesne roboty odbierają pracę? – zastanawia się Herbert Wirth.

– Ta inteligentna kopalnia to science fiction pana prezesa. Nas interesują bardziej śrubki do obecnych psujących się maszyn – śmieją się związkowcy. Ale Wiesław Kaczmarek broni Wirtha: – To jeden z niewielu prezesów największych firm państwowych z wizją sięgającą dalej niż pięć lat. Dzięki niemu KGHM nie zaprzepaścił swojej szansy budowy firmy globalnej. Wirth chce dalej dywersyfikować biznes i produkować dla nowoczesnego przemysłu rzadko występujące specyficzne metale, np. dla elektroniki i paneli fotowoltaicznych. – Jestem patriotą i wiem, że Rzeczpospolita potrzebuje innowacji. Nie wykluczam zaangażowania w fundusz, którego celem byłoby inicjowanie i wdrażanie w Polsce nowych technologii – mówi. – Ale to dopiero wtedy, gdy poprawi się sytuacja na rynkach – zastrzega. A to może nastąpić według jego ocen dopiero za 2,5 roku. Zważywszy na zmianę rządu, bardzo prawdopodobne jest więc, że pomysły Wirtha będzie wprowadzał w życie już jego następca. �

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 33/2015
Więcej możesz przeczytać w 33/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • precz ze wszystkim:) IP
    ile ten minister już pracuje??? 8 lat i jeszcze nie wypracował???