Lata mijają, euro nie ma. Co na to Polacy? Wyniki badania

Lata mijają, euro nie ma. Co na to Polacy? Wyniki badania

Złoty i euro
Złoty i euro / Źródło: Shutterstock / Konektus Photo
Jedynie co czwarty Polak chciałby, aby nasz kraj przystąpił do strefy euro. Co ciekawe, wśród eurozwolenników wcale nie przeważają osoby młode. Nie jest z kolei zaskoczeniem, że entuzjaści euro rekrutują się głównie z dużych miast.

Wprawdzie Polska zobowiązała się do przyjęcia euro z chwilą wstąpienia do Unii Europejskiej, ale minęło kilkanaście lat, a nie przeprowadzono u nas nawet debaty z prawdziwego zdarzenia, która dotyczyłaby szans i zagrożeń wynikających ze wspólnej waluty. Inna sprawa, że nie jesteśmy jedynym krajem, który pomimo upływu lat nie przekuwa słów w czyn. Czesi czy Węgrzy, którzy przystąpili do UE w tym samym dniu, co my, również dalecy są od pożegnania się z narodowymi walutami.

Młodzi nie marzą o euro

Serwis money.pl zlecił sondaż, w którym zapytano Polaków, czy chcą zarabiać i wydawać w euro. Co czwarty (25,2 proc.) uważa, że Polska powinna przyjąć unijną walutę. Z kolei nieco ponad połowa (53 proc.) jest przeciwnego zdania – wynika z badania UCE Research. 17,5 proc. Polaków nie ma zdania na ten temat, a dla 4,4 proc. jest to obojętne.

Co ciekawe, to wcale nie ludzie młodzi są największymi zwolennikami wprowadzenia wspólnej waluty. Aż 60,5 proc. osób w wieku 30-39 lat jest zdania, że nasz kraj nie powinien wstępować do strefy euro.

Najwięcej zwolenników przyjęcia euro mieszka w miastach powyżej 500 tys. mieszkańców – 29,8 proc., a najmniej w miejscowościach 20-49 tys. mieszkańców – 21,3 proc.

Euro, ale kiedy?

Zwolennicy przyjęcia wspólnej waluty zostali zapytani, kiedy euro powinno zostać wprowadzone. Połowa jest zdania, że najszybciej jak to możliwe. Z kolei jedna czwarta uważa, że w ciągu 2-3 lat, a niecałe 13 proc. oceniło, że nie szybciej niż w ciągu 4-5 lat.

Wejście do eurolandu „z dnia na dzień” nie jest możliwe, nawet gdyby istniały ku temu szczere chęci. Należy bowiem spełnić kryteria fiskalne. Dług publiczny musi być mniejszy niż 60 proc. PKB, a deficyt sektora finansów publicznych nie przekraczać 3 proc. PKB (liczone według metodologii unijnej). Do tego dochodzi też m.in. kryterium stabilności cen, tymczasem nasza inflacja od kilku miesięcy szybuje do niebezpiecznych poziomów.

Czytaj też:
Adam Glapiński stanowczo o przyjęciu euro: Własną walutę trzeba utrzymać na zawsze

Opracowała:
Źródło: money.pl
 0

Czytaj także