Nasze dobre stare euro?

Nasze dobre stare euro?

Bartłomiej Mayer, dziennikarz „Bloomberg Businessweek Polska” Archiwum redakcji
... czyli opowiadanie science fiction Bartłomieja Mayera, dziennikarza „Bloomberg Businessweek Polska”.

Pierwszy, padający pospołu z deszczem śnieg uświadomił mi, że dłużej zwlekać już nie można. Poprzedzająca tradycyjnie już prawie każdy urlopowy wyjazd wizyta w banku stawała się więcej niż pilna. Tych, którzy ? podobnie jak ja ? zwlekali z nią do ostatniej chwili, było jednak więcej. Kolejka przed bankowym okienkiem okazała się więc znacznie dłuższa, niż się spodziewałem. Otrzepując płaszcz z mokrego opadu, z pokorą zająłem miejsce na końcu.

Stojąc tak, dyskretnie obserwowałem, jak kolejne osoby podchodzące do kontuaru wyjmują z portfeli grube zazwyczaj pliki banknotów. Także i ja pasowałem do tej kolejki. Za chwilę, stając przed obliczem kasjerki, zrobię dokładnie to samo, co oni. I w moim portfelu znajdowała się przygotowana zawczasu niemała gotówka. Lista moich zakupów była bowiem długa.

Po drodze w Dolomity trzeba będzie przynajmniej raz zatankować. Najlepiej zrobić to w Niemczech. Będę więc potrzebował minimum 200 nowych marek. Żona uparła się, by przenocować w Austrii. Ta fanaberia będzie się wiązać z wyłożeniem co najmniej trzech tysięcy nowych szylingów. Już na miejscu, w Cortina d'Ampezzo wydamy w ciągu tych kilku dni urlopu pięć, może sześć milionów nowych lirów (ależ ta włoska waluta zdążyła stracić na wartości, odkąd zastąpiła euro!). W drodze powrotnej mamy jeszcze zahaczyć o Słowenię ('Ljubljana jest taka romantyczna, prawie jak Paryż'). Nieodzowny więc będzie co najmniej półmilionowy zapas nowych tolarów. Może, na wszelki wypadek, kupię ich jednak o 100 tysięcy więcej. Trudno, najwyżej wymienię z powrotem ze stratą.

W chwili, gdy skończyłem tę wyliczankę, białe alpejskie stoki, które widziałem już przed sobą oczami wyobraźni, nagle jakoś poszarzały, zaś bukiet grzanego wina, jaki w myślach uderzał w moje nozdrza, w ułamku sekundy uwiądł. Pobieżny zaledwie szacunek uświadomił mi, ile stracę na samej tylko różnicy kursów. A gdyby na miejscu okazało się, że trzeba dokupić jeszcze więcej lokalnej gotówki, koszty mogą być znacznie wyższe... Ech, szkoda gadać...

Teraz na zmianę urlopowych planów było już za późno. Jedyne co mi pozostało, to wyciągnięcie z własnych błędów wniosków na przyszłość. Tak też zrobiłem. Sieć słowackich, węgierskich, rumuńskich, a nawet bułgarskich autostrad wcale nie ustępuje już jakością niemieckim autobahnom. A przede wszystkim, nie będę musiał wymieniać pieniędzy. Wszędzie, po drodze i na miejscu, płaci się przecież naszym dobrym starym euro, które kraje środkowej Europy zdążyły rzutem na taśmę przyjąć, nim wspólną walutę porzuciły zadłużone i bankrutujące kraje starej Europy.

Zanim jeszcze doszedłem do bankowego okienka, podjąłem decyzję: latem pojedziemy do Złotych Piasków.

>> A jak wyobraża sobie przyszłość pokryzysowej Europy znany brytyjski historyk Niall Ferguson z Uniwersytetu Harvarda? Czytaj na witrynie Businesstoday.pl.

Czytaj także

 0