?Kasa, misiu, kasa?, czyli protesty przeciw deregulacji

?Kasa, misiu, kasa?, czyli protesty przeciw deregulacji

Zbigniew Domaszewicz, redaktor „Bloomberg Businessweek Polska” Archiwum
Miejmy nadzieję, że protesty, które już zaczyna wywoływać plan otwarcia dostępu do zamkniętych zawodów, będą bezskuteczne. Bo mówimy o pierwszym chyba działaniu z katalogu zapowiadanych przez rząd tzw. reform, które faktycznie za reformę można uznać pisze Zbigniew Domaszewicz, redaktor „Bloomberg Businessweek Polska”.
'Niech państwo nie abdykuje' ? nawoływał we wczorajszej 'Gazecie Wyborczej' Jacek Żakowski, występując przeciw zapowiedzianej w sobotę przez rząd deregulacji części zawodów, do których dostęp jest obecnie urzędowo ograniczony. Chodzi ? inaczej mówiąc ? o zmianę systemu, w którym urzędnik państwowy stoi na straży przywilejów finansowych określonych grup zawodowych i pilnuje ? za pomocą koncesji, licencji, zezwoleń i certyfikatów ? by ich członkowie nie musieli użerać się z konkurencją. Ten komfort jest dziś udziałem blisko 400 grup zawodowych w Polsce. To rekord w Unii Europejskiej.

W złym świecie po deregulacji, przedstawionym przez redaktora Żakowskiego, państwo uchyla się od obowiązku 'urządzenia rynku'. W efekcie trenerzy piłki nożnej nie potrafią jej kopać. O zabytkach opowiadają turystom przypadkowi przewodnicy (czyli tacy, którzy wcześniej nie przeszli szkolenia teoretycznego i praktycznego na przewodnika turystycznego i nie stanęli przed komisją egzaminacyjną powołaną przez marszałka województwa). Ludzi sprzedających i kupujących mieszkania kontaktują ze sobą agenci nieruchomości niewyposażeni w stosowne licencje. Ta wizja publicystę przeraża.

Mogłoby się wydawać, że znacznie bardziej przerażający jest świat, w którym turysta nie może wybrać, z kim chce zwiedzać starówkę (kilka lat temu w Krakowie człowiek oprowadzający nielegalnie małą grupę rowerową trafił do aresztu), a biuro turystyczne, zamiast samodzielnie zweryfikować kwalifikacje wybranego człowieka i go zatrudnić lub nie, musi wybierać osobę z ograniczonego katalogu przewodników urzędowo certyfikowanych. Ale mniejsza o to, co kogo przeraża. W felietonie w 'Wyborczej' zaskakujące jest co innego.

Bo trudno się dziwić temu, że dobrze obwarowany przed konkurencją adwokat twierdzi rozbrajająco ? jak robił to np. Ryszard Kalisz w 'Bloomberg Businessweek Polska' ? iż deregulacja to populizm. Trudno też się dziwić licencjonowanemu pośrednikowi nieruchomości, gdy w nadesłanym do naszej redakcji liście przekonuje, że 'licencje zawodowe stały się synonimem profesjonalizmu', a po zmianach zapanują na rynku 'strach, cwaniactwo, krwiożercza spekulacja, oszustwa i bankructwa'. To piszą i mówią ludzie, którzy już weszli na dach, a drabina została wciągnięta. Nie chcą, żeby ktoś ją ponownie przystawił i by na dachu robił się tłok. Ich rzekomą troskę o jakość usług ? której jakoby oni sami są gwarantami ? można przetłumaczyć na znany i swojski cytat: 'Kasa, misiu, kasa'.

Ale to, że codziennych absurdów wynikających z przeregulowania zawodów w Polsce nie widzi znany publicysta, jest zdumiewające. Nie trzeba wiele, aby zorientować się, jak np. działa uregulowany rynek pośrednictwa nieruchomości ? branża, w której rzesze agentów wykonują normalną, ciężką pracę pośrednika od A do Z po to, by następnie swoją dolę od ich prowizji mógł zainkasować licencjonowany pryncypał firmujący nazwiskiem transakcję.

To tylko przygrywka. Przeciw deregulacji będą ostre protesty. Agresywny głos dobrze zorganizowanych grup interesów niebawem zacznie wybijać się ponad interes społeczny, czyli ponad interes tych, którzy dzięki deregulacji łatwiej znaleźliby pracę, ponad interes tych, którzy dzięki konkurencji mogliby mniej płacić za usługi, czy ponad interes tych, którzy nie musieliby odprowadzać haraczu dla uprzywilejowanej kasty. Tym bardziej należy zapowiedziom ministra Jarosława Gowina kibicować.

Bo plan dereglamentacji zamkniętych zawodów to chyba pierwsze działanie z katalogu zapowiadanych przez rząd tzw. reform, które faktycznie można za reformę uznać. W odróżnieniu od innych kroków zasygnalizowanych w jesiennym exposé premiera Donalda Tuska nie polega ono na zwiększaniu w takiej czy innej formie danin, podatków, składek i innych obciążeń obywateli, lecz na propozycji demontażu szkodliwego i niesprawiedliwego modelu ekonomiczno-społecznego.

Miejmy nadzieję, że za deklaracjami otwarcia zawodów pójdą prawdziwe decyzje, które rząd będzie zdeterminowany przeforsować ? wbrew naciskom i zdając sobie sprawę, że skala protestów będzie miernikiem rzeczywistej wartości deregulacyjnych propozycji.

Czytaj także

 0