Legislacyjny obłęd rządu

Legislacyjny obłęd rządu

Posłowie wpadli w przedwyborczą gorączkę. Rząd nagle chce pomagać wszystkim: frankowiczom, podatnikom, młodym, starym. Problem w tym, że ta pomoc nie ma ekonomicznego sensu.

Robimy wszystko, żeby jak najszybciej dogadać się z Ministerstwem Finansów i znaleźć finansowanie na ten projekt – mówi Jacek Męcina, sekretarz stanu w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej, o najnowszym pomyśle poselskim w sprawie dopłat dla młodych bezrobotnych. Spieszą się też posłowie z Komisji Finansów Publicznych z planem pomocowym dla frankowiczów. Z pomocą 1500 zł dla złotówkowych kredytobiorców - wszystkim, żeby było sprawiedliwie. Łokciem i kolanem przepycha się ustawę o kontroli firm udzielających tak zwanych chwilówek. W Senacie wybuchł właśnie popłoch po sejmowym głosowaniu nad zasadą in dubio pro tributario, rozstrzygającą wątpliwości podatkowe na korzyść podatnika. Senatorowie muszą jak najszybciej poprawić ten bubel prawny. Od kilku tygodni w parlamencie trwa wyścig pomysłów na to, jak szybko odzyskać spadające poparcie. W tym fachu posłowie są naprawdę płodni. Problem w tym, że każda propozycja, która urodzi się w ich głowach, z pomaganiem ma niewiele wspólnego.

POMOC KREDYTOWANA

,,Nie chcemy obciążać ludzi, którzy brali kredyty we frankach. My chcemy za tę sytuację obciążyć tych, którzy podtykali ludziom umowy, w których nie do końca było jasne, że w takiej sytuacji oni wezmą odpowiedzialność” – tak jeszcze w maju o sytuacji frankowiczów mówiła premier Ewa Kopacz. Kilka tygodni temu poznaliśmy efekt tych rządowych prac. Z pomocy polegającej na przewalutowaniu kredytów z franków na złotówki będzie można rzeczywiście skorzystać, ale pod szeregiem absurdalnych warunków. Restrukturyzacja obejmie tylko właścicieli małych mieszkań – do 75 mkw. i domów o powierzchni mniejszej niż 100 mkw. Na dodatek, przynajmniej na początku, mogą z niej skorzystać wyłącznie osoby, których zadłużenie przekracza o 20 proc. wartość nieruchomości kupionej na kredyt we frankach.

– Te obostrzenia to jakiś absurd. Rodzina, która kupiła lokal o powierzchni 74,9 mkw., na pomoc zasługuje, a ta, która ostro zaszalała i rzuciła się na metraż 75,1 mkw., już nie? – denerwuje się Krzysztof Oppenheim, ekspert w dziedzinie kredytów hipotecznych. Podobnie niezrozumiałe jest niesienie pomocy jedynie tym kredytobiorcom, których wartość kredytu jest większa niż 120 proc. wartości nieruchomości. – Wiadomo, jak łatwo można manipulować wyceną nieruchomości. Według jednego rzeczoznawcy apartament w Warszawie może być wart 1,5 mln zł, a według innego jedynie 900 tys. zł. Bank żadnej z tych wycen nie zakwestionuje i weźmie dla siebie tę wygodniejszą – mówi Oppenheim. Inną sprawą jest to, że naprawdę trzeba dobrze się postarać, żeby znaleźć kogoś, kto buduje dom o metrażu mniejszym niż 100 mkw. Zdaniem Oppenheima najlepsze, co można teraz zrobić, to o propozycji PO po prostu zapomnieć.

ULGA DLA WYBRANYCH

– Rząd nie ziewa w tej sprawie, rząd cały czas pracuje – mówiła podczas zapowiedzi planu dla frankowiczów premier Kopacz. Miała rację. Posłowie rządzącej koalicji rzeczywiście nie spali i jednocześnie tworzyli kolejny cudowny pomysł pomocowy. Tym razem dla młodych bezrobotnych. W skrócie: jeżeli pracodawca zatrudni osobę do 30. roku życia, ma dostać od rządu 12-miesięczną dopłatę w wysokości najniższego wynagrodzenia. Poza tym państwo zwolni przedsiębiorcę z płacenia składek na ubezpieczenie społeczne. Warunek: po roku ulg pracownika trzeba będzie zatrudnić na kolejny rok, ale już na własny koszt. Realizacja projektu ma kosztować ok. 3 mld zł.

– Jeżeli dajemy pracodawcy premię za zatrudnienie blondyna, to będzie on częściej zatrudniał blondynów, bo brunet musiałby być wydajny o półtora tysiąca złotych więcej. Jeżeli premiujemy tych poniżej trzydziestki, to ogólna liczba miejsc pracy od tego się nie zwiększy. Poprawi się jedynie sytuacja osób w faworyzowanej grupie – komentuje pomysły ministerstwa Jeremi Mordasewicz, ekspert konfederacji Lewiatan. Ministerstwo Pracy idzie jednak w zaparte. W zeszłym tygodniu odbyło szereg spotkań z resortem finansów, aby jakoś przekonać ministra Mateusza Szczurka, że kilka miliardów złotych na dopłaty na zatrudnienie młodych to jednak nie jest taki głupi pomysł.

FESTIWAL FIKCYJNYCH USTAW

I nawet kiedy posłowie naprawdę starają się zrobić coś dobrego, to efekt końcowy jest i tak mizerny. Tak było w przypadku dyrektywy in dubio pro tributario, mającej rozstrzygać wątpliwości prawne na korzyść podatnika. W Sejmie wylądowały dwa projekty: poselski i prezydencki. Od początku było wiadomo, że propozycja Bronisława Komorowskiego była tak skonstruowana, że nie sposób było jej użyć w praktyce. Według niej skarbówka mogła rzeczywiście przyznać rację podatnikowi, ale tylko i wyłącznie wtedy, kiedy urzędnik miałby jakieś wątpliwości. A skoro, jak wiadomo, fiskus nie myli się nigdy, to trudno liczyć na to, że jakiś podatnik na nowym prawie skorzysta.

Jednocześnie posłowie mieli okazję pochylić się nad propozycją PO. Ta była szersza i bardziej jednoznaczna, ale nie znalazła poparcia wśród posłów, którzy na złość partii rządzącej wybrali projekt prezydenta. Krystyna Skowrońska, przewodnicząca sejmowej Komisji Finansów Publicznych, mówi wprost, że może być tak, iż z nowelizacji, którą kilka tygodni temu uchwalili posłowie, nikt nie skorzysta. Dodaje, że wszystko leży teraz w rękach senatorów, którym być może uda się jakoś zmienić ten niefortunny zapis. Podobnie było z ustawą mającą kontrolować rynek firm pożyczkowych. Ministerstwo Finansów chciało skończyć z lichwiarskimi odsetkami w branży, nakładając obostrzenia co do całkowitej wartości drobnych pożyczek. Okazało się jednak, że treść zapisów, uderza tylko w jedną konkretną grupę firm – tych, które udzielają pożyczek przez internet. Pożyczkodawcy działający w tradycyjnym modelu, polegającym na dawaniu pożyczek do ręki w domach klientów, byli spod nowych regulacji wyłączeni. Nie biorąc pod uwagę tak drastycznych uchybień, wiceminister finansów Izabela Leszczyna mówiła, że ustawa wręcz musi być przegłosowana jeszcze w tej kadencji. I jest do tego blisko. Posłowie już są po głosowaniu, a w tym tygodniu ustawa trafi do Senatu, gdzie może będą szanse na jeszcze jakieś poprawki.

PAPIEROWA KARA

Być może posłowie jakoś podskórnie wyczuli, że nowe prawo, które uchwalają, jest dziurawe jak ser szwajcarski. Na początku tego miesiąca za błędy postanowili ukarać siebie samych i zgodzili się na karanie mandatami osób z immunitetem. Problem w tym, że i tutaj przegłosowali dziurawą ustawę. Dzisiaj jest tak, że nawet złapany na gorącym uczynku poseł lub senator nie może przyjąć mandatu od policjanta, bo chroni go immunitet. Mundurowi muszą wypełniać wniosek w tej sprawie do przełożonego, ten do komendy wojewódzkiej, skąd pismo trafia do prokuratury, a ostatecznie ląduje w Kancelarii Sejmu. Procedura ciągnęła się miesiącami, więc zmieniono prawo. Teraz policja może wystawić mandat dla posła na miejscu. Ale jeśli parlamentarzysta się uprze, to i tak może odmówić jego przyjęcia, zasłaniając się znów immunitetem. I sprawa nadal będzie się przewalała po różnych urzędach.

Nie za bardzo wiadomo, do jak wielkich rozmiarów urośnie ten legislacyjny obłęd rządu. Wiadomo natomiast, że jeszcze w tej kadencji parlamentarzyści będą mogli wykazać się niebywałą kreatywnością. W zapowiedziach słychać o kolejnych pomysłach: podwyżkach pensji dla budżetówki, większej waloryzacji rent i emerytur, podniesieniu kwoty wolnej od podatku, szybszej obniżce VAT. Jak bardzo fikcyjne będą te nowe ustawy, okaże się w najbliższych tygodniach. ■

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 31/2015
Więcej możesz przeczytać w 31/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0