Konserwatywny Inglot

Konserwatywny Inglot

Przemyski potentat kosmetyczny nie zwalnia tempa rozwoju mimo śmierci założyciela firmy Wojciecha Inglota przed dwoma laty. Za pięć lat chce być największą polską marką globalną w segmencie konsumenckim.

Szwecja, Egipt i Pakistan – to miejsca, gdzie wkrótce pojawią się sklepy z kosmetykami Inglota, które są wytwarzane w Przemyślu. Z kolei w przyszłym roku firma chciałaby wejść do matecznika branży kosmetycznej – Francji. Najszybciej powinno jednak przybywać jej punktów na Bliskim Wschodzie. Obecnie ma tam blisko 50 placówek. – Plan minimum to do Expo 2020 potroić ich liczbę – mówi „Wprost” Zbigniew Inglot, prezes firmy. Do sukcesu wśród tutejszej klienteli przyczynił się wymyślony przez Wojciecha Inglota „oddychający” lakier do paznokci, który pozwala na przenikanie tlenu i wody. Do jego produkcji użyto wysublimowanego polimeru, stosowanego także w soczewkach kontaktowych. Badania nad lakierem prowadzono przy użyciu mikroskopów elektronowych. Muzułmanki uznały, że jest halal (czysty), co oznacza, że nie trzeba go zmywać przed modlitwami.

DEBIUT W NOWYM JORKU

Inglot ma ponad 540 salonów w 75 krajach, w tym tak egzotycznych jak te, które dołączyły w 2014 r.: Singapur, Nigeria, Nowa Kaledonia czy Reunion. Liczba placówek rośnie w stałym tempie 50-60 rocznie. – Wprawdzie rynkowi giganci rozwijają się szybciej, ale my wolimy unikać nietrafionych otwarć i potem zamykania nierentownych sklepów. Starannie dobieramy lokalizacje i partnerów. Większość propozycji franczyzowych odrzucamy – mówi Zbigniew Inglot. Jego zdaniem dobrą decyzją brata było wejście na rynki międzynarodowe przez Nowy Jork, a nie Paryż. Choć to druga obok Mediolanu europejska stolica mody, to jednak Ameryka jest prawdziwym oknem na świat. Pierwszy punkt powstał w 2009 r. w najbardziej prestiżowym miejscu Nowego Jorku na Times Square na rogu Broadwayu i 48 Ulicy. Pominąwszy tablicę elektroniczną umieszczoną na Times Square, wielkości boiska do siatkówki, firma stawia raczej na niestandardowe formy reklamy. Angażuje się m.in. we współpracę z teatrami na Broadwayu. Zaczęło się dwa lata temu od musicalu „Pippin”, zwycięzcy kilku prestiżowych nagród Tony Award. Potem powstały kolekcje poświęcone m.in. „Królowi lwu”, „Mamma Mia!” czy ostatnio „The Last Ship” z muzyką i udziałem Stinga.

– Kosmetycznym gigantom nie opłaca się wchodzić w takie projekty i produkować krótkie serie pod dany musical, a my robimy to z radością – tłumaczy Zbigniew Inglot. Firma myśli o wejściu w nowe segmenty rynku. Już w 2017 r. mogłaby to być tzw. biała kosmetyka, czyli preparaty używane do pielęgnacji. Priorytetem na najbliższe pięć lat jest jednak budowanie sieci globalnej tak, by Inglot stał się najbardziej rozpoznawalną na świecie polską marką w segmencie konsumenckim. – Wtedy będziemy widoczni prawie wszędzie – ocenia prezes. 2015 to rok dużych inwestycji w jedynej jak dotąd fabryce firmy w Przemyślu, gdzie pracuje ponad 600 osób. Powstają tu nowe hale produkcyjne i magazynowe. Rozbudowane zostaną też laboratoria. Jeśli Inglot otworzy fabrykę za granicą, to najpewniej będą to Indie. Najwcześniej nastąpi to w 2018 r.

SZARŻ UŁAŃSKICH NIE BĘDZIE

Prezes firmy nie ujawnia wyników finansowych. Przyznaje tylko, że od kilku lat ma dwucyfrowe wzrosty we wszystkich parametrach ekonomicznych. Wielki polski sukces? – To jeszcze nie jest sukces. Nasza firma to wciąż jest jeszcze taki start-up – żartuje. Zaznacza, że sprzedaż firmy nie wchodzi w grę. Nie interesują też go przejęcia, a raczej rozwijanie nowych projektów od podstaw. Tylko na bardzo trudnych rynkach dopuszcza związki kapitałowe z lokalnym partnerem. Inglot wyklucza wejście na giełdę czy szybszą ekspansję na kredyt. Wiele światowych firm wybrało to ostatnie rozwiązanie, a teraz więcej punktów zamykają, niż otwierają. Jak twierdzi, szarż ułańskich nie będzie, bo Inglotowie są firmą rodzinną i lubią spać spokojnie.

– Na konserwatywną politykę i rozwój z zysków mogą sobie pozwolić ekskluzywne marki, jak Estee Lauder czy La Prairie, ale nie Inglot – nie kryje sceptycyzmu Jarosław Mulewicz, dyrektor ds. stosunków międzyrządowych na Europę, Afrykę i Bliski Wschód w Avonie. Jego zdaniem nie można Inglotowi odmówić rozmachu i braku kompleksów, gdy wchodził na międzynarodowe rynki. Jednak firmy z dobrej średniej półki, jeśli chcą prowadzić ekspansję globalną, muszą posiłkować się kredytami albo pieniędzmi z giełdy. Na tym rynku duży może więcej. Trzeba dużo inwestować, budować centra logistyczne i fabryki. A na to potrzeba dużych pieniędzy.

■©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 31/2015
Więcej możesz przeczytać w 31/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0