Kolejka po węgiel

Kolejka po węgiel

Kiedy rząd przedstawiał pakiet mający uratować stojące na skraju bankructwa państwowe kopalnie, te prywatne liczyły zyski. Na przekór cenom i polityce klimatycznej UE w Polsce powstają nowe dochodowe kopalnie.

Sielska wioska, stawy rybne, rzeczka, las i pola pokryte zbożem. Żadnych wystających wysoko nad powierzchnię wież wieńczących szyby i równie charakterystycznych dla Górnego Śląska wielkich budynków z czerwonej cegły. Tylko wjazd do podziemnego pochyłego tunelu, który drążyć będzie tarcza. Na powierzchnię surowiec pojedzie taśmociągiem. Tak ma wyglądać kopalnia w Przeciszowie koło Oświęcimia. – Szyb to zawsze wąskie gardło. Ograniczymy koszty wydobycia aż o połowę. Zarabiać będziemy nawet, gdyby ceny węgla na rynkach jeszcze spadły – tłumaczy Marek Uszko, prezes Kopex-Ex-Coal, spółki córki producenta maszyn górniczych Kopex.

Dla firmy kopalnia to naturalny kierunek rozwoju. Zamiast tylko budować innym podziemne chodniki i dostarczać maszyny do wydobycia surowca, firma z Katowic sama chce na węglu zarabiać. – To będzie najnowocześniejsza i najbardziej przyjazna środowisku kopalnia w Unii Europejskiej – zachwala Marek Uszko. Rozpoczęcie budowy zaplanowano na przyszły rok, pierwszy węgiel wyjechałby zaś na powierzchnię w 2018 r.

KOPALNIA DLA AUSTRALIJCZYKA

To jeden z wielu projektów w Polsce. Wśród nich dominują firmy… australijskie.

Zlokalizowanej w Lubelskim Zagłębiu Węglowym kopalni jeszcze nie ma, ale ma już swoją nazwę. „Chcemy oddać hołd Janowi Karskiemu oraz wszystkim tym, którzy w czasie drugiej wojny światowej znaleźli odwagę, by przeciwstawiać się złu i powstrzymywać zbrodnie Holocaustu” – napisał australijski inwestor Prairie Mining w podpisanym w ubiegłym roku akcie intencyjnym. Australijczycy zainwestowali dotąd 100 mln zł, z czego ponad połowę wydali na zakup od państwa informacji geologicznej. Liczą na koncesję w 2016 r., wtedy wydobycie mogliby rozpocząć cztery lata później. Wcześniej trzeba znaleźć międzynarodowych i lokalnych partnerów oraz wziąć kredyt. – Możliwe, że w tym roku wejdziemy na warszawską giełdę – mówi Janusz Jakimowicz, prezes PD Co, polskiej spółki córki Prairie Mining. Do spółki mogłyby wejść firmy energetyczne, wydobywcze czy instytucje finansowe. Choć te ostatnie w dobie niskich cen węgla mniej interesują się górnictwem, to rośnie zainteresowanie odbiorców węgla.

Z jeszcze większym impetem wchodzi na polski rynek inny australijski inwestor, Balamara Resources, którego współwłaścicielem jest Derek Lenartowicz, Polak mieszkający w Australii, górnik w trzecim pokoleniu. Na Antypody trafił jako 18-latek z mamą i siostrą oraz kilkoma dolarami w kieszeni. Zarządzał dużą kopalnią niklu, potem na własny rachunek wydobywał nikiel i złoto. Balamara (w języku australijskich Aborygenów słowo to oznacza gwiazdę) chce uruchomić pierwszą kopalnię w 2017 r. W planie są cztery – w Nowej Rudzie na Dolnym Śląsku, koło Katowic i Jaworzna na Górnym Śląsku oraz w Lubelskiem. – Łącznie chcemy wydobywać 10-12 mln t węgla. Zastosujemy najnowsze technologie. Na pewno wykorzystamy technologię upadową i nie będziemy stawiać szybów – mówi Piotr Kosowicz, członek zarządu Balamara Resources.

Pojawienie się australijskich inwestorów nie powinno dziwić. Australia to węglowa potęga z czwartym miejscem na świecie pod względem wielkości wydobycia i drugim po Indonezji w eksporcie na świecie. Wciąż uruchamia się tam nowe kopalnie, wymyśla nowe technologie.

NIEMCY I CZESI JADĄ NA ŚLĄSK

W Orzeszu najpierw mieli budować Hindusi z koncernu Emami. Potem projekt przejął najbogatszy Polak Jan Kulczyk, który potrzebował węgla dla swojej elektrowni. Kiedy zrezygnował z tych planów, spółkę razem z koncesją kupiła niemiecka firma HMS Bergbau założona przez Heinza Schernikau. W czasach PRLu importował węgiel z Polski do NRD. Po upadku muru berlińskiego przez pięć lat stał na czele największego niemieckiego dystrybutora węgla kamiennego Stinnes Intercoal. W końcu założył własną firmę. Projektem kieruje Jerzy Markowski, były wiceminister gospodarki w rządzie SLD-PSL odpowiedzialny za górnictwo.

Zasoby węgla w Orzeszu są ogromne i przekraczają 1,2 mld ton, z czego 60 proc. przypada na najcenniejszy węgiel koksujący. Zalega co prawda głęboko, na poziomie od 700 do 1200 m, co podnosi koszty wydobycia, ale Niemcy, by ograniczyć wydatki, chcą korzystać z istniejącego szybu sąsiedniej kopalni należącej do Jastrzębskiej Spółki Węglowej.

Z kolei Czesi z koncernu NWR chcą po prostu reaktywować zamkniętą w 2000 r. kopalnię Dębieńsko. Choć już w 2008 r. otrzymali koncesję, inwestycja opóźniła się za sprawą zmian w koncepcji. Na początku miały być wykorzystywane szyby, potem pochyły tunel, by w końcu wrócić do pierwotnego planu. Firma jest w trakcie wprowadzania zmian do koncesji na wydobycie i oceny oddziaływania na środowisko.

Ceny im niestraszne

– Nie obawiamy się niskich cen – podkreśla Janusz Jakimowicz z PD Co. – W górnictwie mamy do czynienia z cyklami koniunkturalnymi i trzeba patrzeć na tę branżę długoplanowo. Za kilka lat, gdy rozpoczniemy wydobycie, może się okazać, że trafiliśmy w cenową górkę. Ale nowe kopalnie mają być zyskowne, nawet gdyby ceny węgla jeszcze spadły. Jak to możliwe, skoro te państwowe tylko w ciągu czterech pierwszych miesięcy tego roku straciły łącznie 800 mln zł? Sposobów jest wiele. Po pierwsze, zastosują nowe technologie. To nie tylko pochyłe tunele (tzw. upadowe) zamiast kosztownych i drogich w eksploatacji szybów. Prairie Mining na Lubelszczyźnie nie może zastosować takiej technologii ze względu na liczne warstwy wodonośne pod ziemią, ale np. przy budowie chodnika wykorzysta tzw. kotwienie zamiast dotychczas stosowanych stalowych podpór, co jest szesnastokrotnie tańsze. – Na pewno bardziej się opłaca budować nową kopalnię niż modernizować starą. To daje nam przewagę – wyjaśnia Piotr Kosowicz z Balamary.

Zdaniem Jakimowicza to nie wysokie zarobki czy przywileje są problemem naszego górnictwa. – Polscy górnicy zarabiają za mało. Średnio 6-7 tys. zł miesięcznie to niewiele w porównaniu z poborami australijskimi, które wynoszą 10-20 tys. dolarów. Problemem jest niska produktywność – mówi. O ile polski górnik w firmach państwowych wydobywa 600 t rocznie, w prywatnych – między 1000 a 2000 t, to w Australii jest to średnio 5000 t. To kwestia sprzyjających warunków (sporo kopalni odkrywkowych), ale i organizacji, mechanizacji, dużych inwestycji, wprowadzania nowych technologii, a przede wszystkim powiązania wynagrodzeń z wydajnością i wynikami kopalni. To właśnie dlatego na plusie jest prywatna Silesia w Czechowicach-Dziedzicach, choć czescy właściciele zgodzili się zachować część przywilejów socjalnych takich jak trzynastka (czternastka uzależniona jest od wyników), deputat węglowy w wysokości 3,6 tys. zł (dostają go także kopalniani emeryci), zapomogi, dopłaty do kolonii, bony okolicznościowe itd.

Nowe kopalnie nie mają takiego balastu jak stare regulaminy, zbiorowe układy pracy czy duże koszty i strata czasu związane z transportem górników do odległych ścian. Nie występuje też tak duże zagrożenie metanowe czy tąpnięciami. Nie wydobywa się wszystkiego jak leci w sposób rabunkowy. – Jeszcze nie mamy koncesji, nie rozpoczęliśmy rekrutacji, a już wpłynęło 800 podań o pracę – mówi Marek Uszko, prezes Kopex-Ex-Coal. W Przeciszowie, gdzie szykuje się do budowy, powstało nawet Stowarzyszenie „Tak dla kopalni”. To gmina rolnicza, gdzie dużo osób wyjechało za pracą za granicę.

Wielkie nadzieje

– Mieszkańcy podchodzą do projektu entuzjastycznie – zapewnia też Marzena Wolińska, wiceburmistrz Nowej Rudy, która zmienia właśnie studium zagospodarowania przestrzennego, by uwzględnić kopalnię. Bezrobocie w powiecie kłodzkim przekracza 20 proc. Nie jest w stanie tego zmienić przyciągająca kolejne firmy specjalna strefa ekonomiczna. Co ważne, miasteczko wróciłoby na kopalnianą mapę Polski. Działały tu dwie kopalnie. Ostatni wagonik wyjechał na powierzchnię w 2000 r. Na wieży jednego z szybów zainstalowano najwyższą w Europie, 60-metrową, ścianę skałkową, obleganą w weekendy przez Czechów. Górnicy zatrudnili się w czeskich kopalniach lub w KGHM. Do domu przyjeżdżają tylko na weekendy. Miasto wciąż jednak żyje swoją górniczą przeszłością, działają branżowe związki zawodowe, orkiestra, a w Barbórkę otwierane są karczmy górnicze. Na ostatniej byli już przedstawiciele Balamary. – Kierujemy się ideą zrównoważonego rozwoju. Troska o środowisko naturalne i relacje z mieszkańcami jest dla nas sprawą kluczową – mówi Piotr Kosowicz.

Nie wszyscy reagują tak entuzjastycznie. Nowy burmistrz Orzesza Mirosław Blaski ma obawy odnośnie inwestycji Silesian Coal. Ponieważ nowa kopalnia ma korzystać z szybu sąsiedniego zakładu JSW w Suszcu, zamiast budować go na terenie Orzesza, gmina miałaby tylko 1,30 zł z każdej tony węgla. Poza tym obszar ten stał się atrakcyjnym miejsce do osiedlania się katowiczan, wręcz „sypialnią” dla aglomeracji. Pogłoski o nowej kopalni mocno zaniepokoiły 20 tys. mieszkańców gminy, bo kupowali tu ziemię, skuszeni sielskim krajobrazem, a mogliby mieć pod podłogami chodniki wydobywcze, a w domach pękające ściany. – Czekamy na rozwój sytuacji. Niech najpierw inwestor potwierdzi złoże. Na razie to gdybanie – mówi Mirosław Blaski, który spotkał się już z właścicielem niemieckiej firmy. – Powiedziałem mu, że mogą fedrować pod terenami leśnymi i rolnymi, które stanowią 70 proc. powierzchni gminy. Pod zabudową nigdy się nie zgodzę. Przyjęli to do wiadomości.

– Ryzyka? W Polsce nie zrealizowano jeszcze dużej inwestycji infrastrukturalnej bez przeciwników, odwołań i protestów – zauważa Marek Uszko z Kopex-Ex-Coal. Janusz Jakimowicz zamieszkał 25 lat temu w Australii, a potem jeździł po świecie, poszukując diamentów. – To też węgiel. Nie odszedłem więc daleko – uśmiecha się. – Poszukiwanie diamentów to hazard. Tylko kilka procent odwiertów przynosi sukces. Prawdziwa adrenalina. W Polsce adrenaliny dostarczają urzędnicy państwowi – mówi.

Prawo nie jest w Polsce złe. Natomiast koszmarem jest przeciąganie decyzji. W grudniu ubiegłego roku Jakimowicz złożył dokumentację dotyczącą złoża w Ministerstwie Środowiska i czekał siedem miesięcy na jej zatwierdzenie, choć zgodnie z prawem urzędnik ma na decyzję miesiąc. Kiedy rolnik nie chciał pozwolić na odwiert na swojej działce, rok czekał na zgodę, by wiercić na działce sąsiedniej. – Ale ja jestem odporny na trudności. W Australii mało się nie utopiłem z samochodem, gdy jechałem na odwierty, bo niespodziewanie przeszedł cyklon – dodaje. W Australii też nie brakuje trudności, np. Aborygeni mogą przyjść i oznajmić, że kopiesz na ich świętych terenach. Farmerzy protestują, bo boją się, że poziom wód gruntowych się obniży, a tam są poważne problemy z wodą. Do takich kopalni lata się samolotami albo jeździ całymi dniami przez busz.

URZĘDNICY SIĘ BOJĄ

Z nieoficjalnych rozmów z inwestorami wyłania się koszmarny obraz działania Ministerstwa Środowiska, które wcześniej dało popalić poszukującym gazu łupkowego koncernom zagranicznym. – Wąskie gardła to brak entuzjazmu i kompetencji urzędników. Nie rozumieją nie tylko górnictwa, ale i gospodarki. Na etapie tworzenia dokumentacji podejmują decyzje uznaniowo, o ile podejmują, bo prawdziwą zmorą jest zwlekanie. Boją się kiwnąć palcem, zwłaszcza przed wyborami – żali się jeden z inwestorów. Do tego dochodzi niechęć polityków. – Nie chcę mieć kłopotów. Wybory na horyzoncie – jeden z inwestorów odmówił rozmowy, bo nie chce nagłaśniać swoich działań. Dlaczego? Gdy w Polsce ma się pojawić nowa fabryka samochodów za kilkaset milionów złotych, politycy chwalą, pomagają i ogrzewają się w cieple takiej inwestycji. Kiedy przychodzi zagraniczny inwestor i chce postawić kopalnię za kwotę dziesięć razy większą, wpadają w popłoch, jakby ktoś chciał zrobić krzywdę państwowym kopalniom, „naszemu skarbowi narodowemu”. Tymczasem ostatnią kopalnię stworzono w Polsce w latach 80. Brakuje więc know-how. Bez zagranicznych inwestorów się nie obejdzie.

Gdy Prairie Mining otrzymała koncesję na terenach gminy Cyców, sąsiednia Bogdanka zaczęła protestować. „Nie muszę ukrywać, że jestem po waszej stronie w sprawie tych kolejnych koncesji. Dla mnie to niewyobrażalne, abyśmy wciągali graczy zewnętrznych, skoro w oparciu o polskie doświadczenia, polski kapitał możemy to zrobić” – mówił wicepremier Janusz Piechociński podczas ubiegłorocznej Barbórki w kopalni Bogdanka. Bogdanka obawia się, bo choć jest obecnie najbardziej wydajną kopalnią w Polsce, Australijczycy będą mieli jeszcze niższe koszty.

– Złoża węgla w Zagłębiu Lubelskim szacuje się na blisko 11 mld ton, czyli jedną trzecią krajowych zasobów. To dopiero początek rozbudowy tego zagłębia. Wystarczy miejsca dla wszystkich – uspokaja Janusz Jakimowicz. – Nowe prywatne kopalnie będą raczej wypierać węgiel importowany. My z kolei nastawiamy się na eksport. Za granicą możemy sprzedać każdą ilość węgla. Unia importuje ponad 170 mln t węgla energetycznego rocznie, a Niemcy i Brytyjczycy zamykają ostatnie kopalnie. Powoli przy tym przepraszają się z węglem jako surowcem energetycznym. W to miejsce trzeba wejść.

DOBRZE IDZIE PRYWATNYM

O ile nowe kopalnie buduje się od podstaw, o tyle działające w Polsce kopalnie prywatne – Bogdanka, Silesia czy niewielki Siltech – powstały na bazie upadających państwowych zakładów. Silesia w Czechowicach-Dziedzicach była najgorszą kopalnią w Polsce, traciła co roku 100 mln zł. Po pięciu latach działania jako spółka prywatna zaczyna notować zyski. Od tego roku pracuje już na pełnych obrotach na dwóch ścianach wydobywczych. EPH, grupa energetyczna, kontrolowana przez jednego z najbogatszych Czechów Petra Kellnera, zainwestowała już ponad 1 mld zł, tyle ile państwowa Kompania Węglowa w tym czasie wydawała we wszystkich swoich kopalniach. Kiedy w 2010 r. kopalnia miała być zamknięta przez KW, pracownicy za zebrane 70 tys. zł związkowych składek zamówili biznesplan i namówili Czechów do inwestycji w bogate tutejsze złoża. Warunek EPH był jeden: kopalnia ma działać przez siedem dni w tygodniu. Dziś pracę ma tutaj 1,8 tys. osób, ponad dwa razy więcej niż przed przyjściem inwestora. Przeznaczona do likwidacji była też Bogdanka. To były jeszcze lata 90. Udało się ją uratować kosztem m.in. zwolnienia 900 osób. Sprywatyzowaną firmę kontrolują teraz OFE.

Wszystkie firmy prywatne przynoszą zyski, choć spadły one za sprawą rozpaczliwej wyprzedaży węgla zalegającego na hałdach przez Kompanię Węglową. Równocześnie państwo pompuje miliony w nierentowne kopalnie, uderzając w prywatną konkurencję. W ostatnich dniach czerwca na Górnym Śląsku były zarówno kandydatka PiS na premiera Beata Szydło, jak i premier Ewa Kopacz. Pochyliły się nad problemami polskiego górnictwa, rozmawiały ze związkowcami, obiecywały pomoc, inwestycje, programy i nowe strategie. – Ani słowa o prywatnym górnictwie, lepszym, nowoczesnym. Ten temat wśród polityków nie istnieje – zauważa gorzko przedstawiciel jednej z firm przygotowujących się do budowy nowych kopalń. ■

Okładka tygodnika WPROST: 28/2015
Więcej możesz przeczytać w 28/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0