Kupowanie dziury w ziemi. Dlaczego polskie osiedla wyglądają jak sen pijanego architekta?

Kupowanie dziury w ziemi. Dlaczego polskie osiedla wyglądają jak sen pijanego architekta?

Osiedle na warszawskiej Woli
Osiedle na warszawskiej Woli Źródło: PAP / Leszek Szymański
– Deweloperzy nie mają z kim konkurować na rynku. Nie muszą budować estetycznie, bo i tak będą chętni, by kupować. Mieszkania dla mnie zamożnych klientów mają być jak najtańsze, a skoro coś ma być tanie, to nie może być dobre, na czymś trzeba oszczędzić – mówi dr Łukasz Drozda, urbanista i wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim, autor książki „Dziury w ziemi. Patodeweloperka w Polsce”, która 15 lutego ukaże się nakładem Wydawnictwa Czarne .

Martyna Kośka, Wprost.pl: Nie mierzi pana słowo patodeweloperka? Mam wrażenie, że to pojęcie-wytrych. Każdy zły projekt dziś określa się tym mianem, więc chyba rozmywa się powoli jej sens.

Łukasz Drozda, urbanista: Nie mierzi. Gdyby tak było, nie napisałbym książki, która jest krytyką patodeweloperki, tylko taką, która sprzeciwiałaby się używaniu tego określenia.

Za pomocą tego słowa łatwo można wyśmiać koszmarne pomysły niektórych deweloperów. Ot, świetnie można nim podsumować PR-ową „mowę-trawę” deweloperów, którzy przekonują, że mieszkania o powierzchni mniejszej niż 25 m2 to idealna oferta dla młodych osób, które lubią minimalistyczny tryb życia. Patodeweloperka w czystej postaci!

Patodeweloperkę powszechnie kojarzy się z deweloperami, a przecież nie tylko oni są źródłem patologii mieszkaniowych. Dlaczego na przykład mieliby odpowiadać za działania flipperów, którzy działają na rynku wtórnym? Na tym zagadnieniu się nie skupiam.

Nie chciałem jednak, by moja książka była tylko śmieszkowaniem z miniaturowych placów zabaw czy całkowicie nieustawnych mieszkań: bardziej interesuje mnie rzeczowy opis polityki mieszkaniowej, a właściwie jej braku.

Czy mam pan jakiś ulubiony przykład patodeweloperki?

Lokal o powierzchni 2,5 m2 w Koszalinie, który udaje mieszkanie, to coś, co trudno przebić. Ale, jak powiedziałem, mniej mnie interesują ciekawostki natury architektonicznej o tym, ile mieszkań da się upchać na niewielkiej powierzchni, a bardziej to, że mieszkania są tak bardzo niedostępne przez drożyznę, a i samych mieszkań zwyczajnie brakuje.

„Kiedy to się budowało”, mówią niektórzy. Była zieleń na osiedlach, place zabaw, żadnych grodzeń. To oczywiście tylko część prawdy, bo poprzedni system też miał masę swoich patologii. Niemniej jednak wiele osiedli z PRL-owskim rodowodem dobrze się starzeje. Po 1989 roku odeszliśmy od tamtych wzorców budowlanych i mamy estetyczną wolnoamerykankę. Nieco przewrotnie: kto nam popsuł rynek mieszkaniowy?

Odeszliśmy od zaspokajania potrzeb mieszkaniowych na rzecz koncentrowania uwagi na kształtowaniu koniunktury na rynku nieruchomości. Uznano, że mieszkanie to towar, a nie realizacja potrzeb obywateli. To jest największy grzech.

Państwo skapitulowało i uznało, że zapewnienie godnych warunków mieszkaniowych to socjalizm, bo planowanie kojarzyło się nam z poprzednim ustrojem. To samo stało się z planowaniem przestrzennym, które zdegradowano, bo komuś się źle kojarzyła koncepcja planowania. A przecież korporacje też planują swoje działania i nikt nie twierdzi, że to problem!

Źródło: WPROST.pl