Prof. Mączyńska o najnowszych danych dot. inflacji: Ceny nadal znacząco rosną, tylko wolniej

Prof. Mączyńska o najnowszych danych dot. inflacji: Ceny nadal znacząco rosną, tylko wolniej

Prof. Elżbieta Mączyńska
Prof. Elżbieta Mączyńska Źródło: PAP / Albert Zawada
Wzrost cen jest wolniejszy, ale ten wzrost wciąż jest i to dwucyfrowy, co większości polskich gospodarstw domowych bardzo doskwiera - mówi w rozmowie z Wprost.pl prof. SGH Elżbieta Mączyńska.

16,6 proc. rok do roku. Czy zaskoczyły panią profesor dzisiejsze dane GUS dotyczące inflacji za grudzień?

Nie zaskoczyły. Obniża się tempo wzrostu gospodarczego, spadały ceny paliw, a równocześnie mieliśmy do czynienia z nienadążaniem płac realnych za tempem inflacji, co osłabia popyt. Przy tym także decyzje i konsumenckie postawy ludzi się zmieniają.

Oszczędzamy?

Obecna sytuacja sprzyja zwiększaniu ostrożności i powściągliwości w wydatkach. Zarówno pandemia, jak i wojna pokazują, że dobra materialne nie gwarantują bezpieczeństwa, obrastanie w „materialny tłuszcz", bezrefleksyjny konsumpcjonizm, coś co było charakterystyczne przed pandemią – nie gwarantuje poprawy jakości życia, dobrostanu. Jest takie ładne powiedzeni tegorocznej francuskiej noblistki, pisarki Annie Ernaux: "Mnogość rzeczy maskuje deficyt myśli". Wiele wskazuje, że pandemia i wojna spowodowały, że ten deficyt, deficyt myśli, staje się nieco mniejszy.

Pod wpływem pandemii Covid-19 ludzie przewartościowywali swoje postawy, zasady zakupowe. W warunkach pandemicznych lockdownów zmuszeni byli zmieniać wyposażenie gospodarstw domowych, kupować rzeczy trwałego użytku (m.in. AGD), wyroby elektroniczne, laptopy, a to nie są produkty, które, w odróżnieniu np. od żywności, kupuje się codziennie. Zapotrzebowanie gospodarstw domowych na takie produkty nie może wciąż rosnąć, co rzutuje na popyt. Wymusza to zarazem zmiany w postawach producentów, którzy do niedawna mieli możliwość przerzucania następstw inflacji na konsumentów, nierzadko nawet z nawiązką.

Inflacja jak kawa

Dzisiejsze dane wielu przyjęło wręcz z euforią. Tymczasem spadek inflacji nie oznacza spadku cen...

Nie oznacza. Spadek stopy inflacji to jest dezinflacja, co oznacza, ze obniża się inflacja, ale ceny nadal rosną. Inflacja, nieważne czy mała czy duża zawsze oznacza, że ceny rosną. Dlatego banki centralne w krajach demokracji rynkowej, aby nie dopuścić do nadmiernego wzrostu cen, wyznaczają cel inflacyjny. Tu może nasuwać się pytanie, po co w ogóle taki cel, skoro inflacja oznacza wzrost cen, po co w ogóle jest potrzeba, po co jest potrzeby cel inflacyjny? Otóż, jeśli nie ma inflacji, czyli wzrost cen jest zerowy, bądź co gorsza jest deflacja, czyli spadek cen, to przeważnie osłabia to motywacje producentów do inwestowania i zwiększania produkcji. Wskutek tego zmniejsza się zapotrzebowanie na pracę. Mówiąc kolokwialnie, oznacza to, że gospodarka przysypia. Dlatego, aby takiemu przysypianiu zapobiec, banki centralne wyznaczają cele inflacyjne. Niewielka inflacja jest bowiem dla gospodarki ożywcza. Małą inflacja jest jak mała poranna kawa – ożywia. Cel inflacyjny w Polsce wyznaczony przez Narodowy Bank Polski to 2,5 proc., z dopuszczalnym odchyleniem w górę lub w dół o 1 punkt procentowy.

Do tego celu zatem bardzo daleko...

Najnowsze dane pokazują, że w skali roku ceny nadal znacząco rosną, tylko wolniej, było 17,5 proc., a teraz jest 16,6 proc. Zwolnienie tempa wzrostu cen to dobra wiadomość, tym bardziej, że ceny z miesiąca na miesiąc wzrosły tylko o 0,2 proc. Gdyby taki trend się utrzymał, inflacja szybko by spadała. To jest pocieszające, bo wzrost cen jest wolniejszy, ale ten wzrost wciąż jest i to dwucyfrowy, co większości polskich gospodarstw domowych bardzo doskwiera.

Kiedy spadną ceny żywności?