Głośny wyrok TSUE w sprawie polskiej. „Możliwe negatywne skutki”

Głośny wyrok TSUE w sprawie polskiej. „Możliwe negatywne skutki”

Siedziba TSUE
Siedziba TSUE Źródło: Shutterstock / nitpicker
Kolejny głośny wyrok TSUE w sprawie polskiej dotyczy drogich pożyczek pozabankowych. Choć jest generalnie korzystny dla konsumentów, to jeden jego punkt może zniechęcić polski wymiar sprawiedliwości do unijnego trybunału.

Kwestię kredytów frankowych w Polsce rozwiązano dzięki działalności Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Nie był to proces łatwy i do dziś sądownictwo potrafi zaskakiwać, odchylając się co jakiś czas od „głównej linii”, lecz generalnie jest lepiej, niż było.

Orzecznictwo TSUE ma też decydujący wpływ na polski rynek finansowy w ogóle. Polskie prawo, tradycyjnie nakierowane na indywidualne spory, nie wypracowało własnych narzędzi do radzenia sobie z problemami masowymi i to na linii konsument – przedsiębiorca.

A rynek finansowy to w przeważającej mierze właśnie sprawy masowe, gdzie umowy podpisujemy na gotowych, nienegocjowalnych wzorach. Od banków po firmy pożyczkowe klienci mogą w tych placówkach albo umowę podpisać taką jaka jest, albo w ogóle.

Kolejny głośny wyrok TSUE w sprawie polskiej dotyczy drogich pożyczek pozabankowych. Choć jest generalnie korzystny dla konsumentów, to jeden jego punkt może zniechęcić polski wymiar sprawiedliwości do unijnego trybunału, wprowadzając chaos w polskim orzecznictwie w sprawach kredytów i pożyczek.

Wyrok z 23 listopada 2023 r. w sprawie Provident

23 listopada TSUE wydał wyrok na zapytanie polskiego sądu w sprawie trzech konsumentek, które pozwały firmę Provident (sprawa C-321/22). Wszystkie twierdziły, że koszty udzielonych im pożyczek były rażąco wygórowane. Polski sąd zapytał TSUE, czy przez to możemy uznać zapisy umowy w przedmiocie kosztów za nieuczciwe i niewiążące stron.

Dla przykładu, jedna z powódek 11 września 2019 r. zaciągnęła pożyczkę, z której otrzymała do ręki 8 100 zł, a za 90 dni zobowiązana była oddać firmie pożyczkowej 15 531,73 zł.

Oczywiście maksymalnie dozwolone oprocentowanie nie pozwalałoby na taką kwotę, dlatego w skład kosztów pożyczki, oprócz odsetek w wysokości 1 275,73 zł, wchodziły także tzw. koszty pozaodsetkowe, tj. „prowizja za udzielenie pożyczki” w wysokości 4 050 zł, „opłata za elastyczny plan spłaty” w wysokości 2 066 zł oraz „opłata przygotowawcza” w wysokości 40 zł.

Trybunał orzekł, że jeśli wygórowane opłaty nie znajdują pokrycia w usłudze przedsiębiorcy, to mogą być uznane za przepisy niedozwolone i wykreślone z umowy pożyczki.

Nie mogło być inaczej, skoro kwoty aż w oczy kolą.

Czytaj też:
Dostajesz spadek, a wraz z nim gigantyczne długi. Przyjąć, czy odrzucić?

Dlaczego polskie prawo „nie działa”

Zastanawia tylko, dlaczego w tak jaskrawym przypadku obchodzenia przepisów o odsetkach maksymalnych polskie prawo „nie działa”, a sąd zmuszony jest do odwoływania się do przepisów pochodzenia unijnego i zwracać się do TSUE o ich interpretację.

Mamy przecież art. 58 Kodeksu cywilnego (k.c.), który mówi, że nieważna jest umowa albo jej część, jeśli jest sprzeczna z prawem albo ogólnie przyjętymi dobrymi obyczajami. Mamy art. 5 k.c. zakazujący nadużywania prawa. Mamy wreszcie konstytucyjną zasadę ochrony konsumenta. Tyle, że gdyby sąd wydał wyrok na postawie tych przepisów, to znowu (bo idę o zakład, że jest to kolejny z rzędu przypadek, który trafił na biurko sędziego) załatwiłby sprawę jednostkowo. Dopiero orzecznictwo TSUE ma potencjał zmiany całej linii orzeczniczej w kraju.

Tym samym unijny Trybunał tylnymi drzwiami wkrada się do naszego orzecznictwa i zajmuje miejsce przygotowane dla Sądu Najwyższego. Dlaczego? Bo Polska w porę nie wypracowała własnych przepisów chroniących klientów na rynku usług masowych.

I wszystko byłoby w porządku, ten wóz kolebałby się dalej, gdyby nie to, że Trybunał przy okazji orzekania o klauzulach abuzywnych (pochodzenia unijnego), wypowiada się także w zakresie działania podstaw polskiej procedury.

Czytaj też:
Pożyczyła 2000 zł, musiała oddać 10 razy tyle. Jak nie dać się oszukać?

TSUE a interes prawny w pozwach o ustalenie

Mowa o często ostatnio stosowanym powództwie o ustalenie prawa – art. 189 Kodeksu postępowania cywilnego (k.p.c.). Przykładowo w sprawach frankowych sąd ustala, czy umowa kredytu jest ważna czy też nie – i ujmuje to w sentencji wyroku.

Ważną cechą tego rodzaju roszczenia jest to, że powód, domagając się od sądu takiego ustalenia, musi wykazać istnienie tzw. interesu prawnego. Ten interes występuje, jeśli w innym procesie (np. o zapłatę) uzyskamy pełniejszą ochronę naszych praw. Ogólny zamysł jest taki, aby nie mnożyć procesów, występując np. najpierw o ustalenie, a potem o zapłatę z powodu ustalonej już nieważności umowy.

Powyższa zasada stanowi jeden z fundamentów polskiej procedury cywilnej. Jest to przepis przemyślany, dziesiątki lat analizowany w świetle najróżniejszych przypadków. Ten dorobek polskiego prawa został przekreślony przez jedno orzeczenie Trybunału.

Trybunał stwierdził, że sądy polskie mogą pomijać obowiązek szukania interesu prawnego w roszczeniu konsumenta, bo jeśli go nie znajdą, to przegrywający konsument zostanie odesłany z kwitkiem do innego procesu, a koszty przegranej będzie musiał ponieść.

Kilkanaście akapitów. Niecała wydrukowana kartka A4. Na pierwszy rzut oka orzeczenie wydaje się słuszne i zdroworozsądkowe. Jednak w podstawie prawnej wyroku próżno szukać art. 102 k.p.c., zgodnie z którym sąd może w szczególnych przypadkach odstąpić od obciążania przegranej strony kosztami procesu. W opisywanym przypadku, kiedy to interes prawny istniał, gdy powódki występowały z pozwem, a potem zniknął na skutek wydarzeń, które miały miejsce w trakcie procesu, odstąpienie od obciążania powódek kosztami byłoby uzasadnione.

Polska procedura zatem daje możliwość elastycznego reagowania na przypadki wyjątkowe, jednak Trybunał ominął ten przepis w swoich rozważaniach. Może gdyby się nad nim pochylił, doszedłby do podobnych wniosków, jednak nie pochylił się.

Takie braki w stosunku do orzekania o procedurze krajów członkowskich mogą podkopywać autorytet TSUE w oczach polskiego sądownictwa.

Możliwe negatywne skutki wyroku

Moc wiążąca wyroków TSUE jest w dużej mierze oparta na autorytecie tej instytucji. Jej podstawą jest ogólna zasada prounijnej interpretacji prawa krajowego zapisana w art. 4 ust. 3 Traktatu o Unii Europejskiej. Nie dysponujemy zatem żadnym przepisem, który by literalnie wskazywał, że wyroki Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej wiążą wszystkie składy orzekające państw członkowskich w podobnych sprawach.

Nieostrożne wyroki Trybunału dostarczają zatem argumentów temu niewielkiemu odsetkowi polskiego sądownictwa, które odmawia mocy wiążącej wyrokom TSUE, nawet co do interpretacji przepisów o klauzulach abuzywnych. Stąd już tylko krok do wprowadzenia do umów frankowych kursu średniego NBP, jak to uczynił Sąd Najwyższy w wyroku II CSKP 1627/22.

Podsumowując, można porównać wymiar sprawiedliwości w Polsce do pustej kartki. Z jednej strony piszą sądy polskie, z drugiej TSUE, kartka przebija i robi się bigosik. Bigosik, który muszą zjeść sędziowie i strony zaangażowane w indywidualne spory.

Co mają na przykład począć ludzie, w których sprawie SN nie zaaprobował stanowiska unijnego? Wszyscy wkoło otrzymują unieważnienia podobnych umów. Co możemy im powiedzieć? Chyba tyle, że ponieśli cenę zgrzytającego procesu integracji europejskiej.

Mało to krzepiące.

Magdalena PLEDZIEWICZ: Radca prawny. Założycielka i wspólniczka w Pledziewicz Kancelaria sp. k. w Toruniu. Zajmuje się sprawami związanymi z rynkiem finansowym ze szczególnym uwzględnieniem ochrony praw konsumenta w sporach z instytucjami finansowymi, w tym sprawami kredytobiorców frankowych. W latach 2019-2020 ekspert zewnętrzny w biurze Rzecznika Finansowego.

Czytaj też:
Wyrok ws. umów frankowych. „Sąd Najwyższy nie przekonał do swojego stanowiska sędziów”
Czytaj też:
Kiedy tak naprawdę kończy się sprawa frankowa? Prawomocny wyrok to nie wszystko

Źródło: Wprost